AGENCJA METAL MUNDUS











Nawigacja
Artykuły » Recenzje - C » CANDLEMASS - King Of The Grey Islands
CANDLEMASS - King Of The Grey Islands

1. Prologue
2. Emperor Of The Void
3. Devil Seed
4. Of Stars And Smoke
5. Demonia 6
6. Destroyer
7. Man Of Shadows
8. Clearsight
9. Opal City, The
10. Embracing The Styx
11. At The Gallows End - (Bonus Track)
12. Solitude - (Bonus Track)





Kolejna płyta Candlemass i pierwsza płyta z Robertem Lowem w roli wokalisty. Co poniektórzy zdążyli postawić krzyżyk na nich, mówili że bez Messiaha to nie to samo. A ja? Ja podchodzę do tematu spokojnie. Primo - na mojej ulubionej, pierwszej płycie Candlemass nie śpiewa Mesjasz, secundo (to mam już przerąbane) - Marcolin, jako wokalista, nie jest moim największym idolem, a jego wokal jakoś nie przyprawia mnie o dreszcze, ot, kolejny porządny wokalista. Taki, jakich wielu. Natomiast Lowe - wręcz przeciwnie, facet dysponuje świetną barwą, śpiewa mniej operowo, a jednocześnie bardzo charakterystycznie (wystarczy posłuchać choćby ostatniej płyty "Alone", macierzystej grupy Roberta - Solitude Aeturnus). Tak więc nie dość, że nie przeżyłem specjalnie zmiany wokalisty, to nawet się ucieszyłem z tej sytuacji. Różni dziwaczni ludzie chodzą po ziemi, tak więc niżej podpisany nie czuje się wyjątkiem.
Ale do rzeczy.

Jak podkreśla Leif Edling - ważną rzeczą w wypadku nowej płyty są teksty, tworzące coś w rodzaju koncept albumu. Tematyka płyty obraca się wokół wyobcowania, odrzucenia powszechnego, konsumpcyjnego stylu życia. Decyzję tę motywuje indywidualność i artystyczna wrażliwość bohatera albumu. Człowieka, który staje się samotnikiem, cierpi, co doprowadza go w pewnym momencie do podjęcia decyzji o opuszczeniu tego padołu łez. Król Szarych Wysp odpływa, niesiony z prądem Styksu. Nazwany został władcą pustki, nicości. Czegoś, co nie istnieje, a co jest jedynie jego wyobraźnią. Czymś, co chciałby zwerbalizować, a co jest niemożliwe.

Temat zdecydowanie niewesoły, mimo to muzyka wywołuje uśmiech na twarzy. Na pewno nie powiedziałbym, że będzie to jakiś monolit, album ponadczasowy. Wszak wszystkie patenty zostały wymyślone i zagrane tysiące razy przez tysiące wykonawców. Brakuje tu tego "czegoś", co mogło by chwycić, urwać głowę z kręgosłupem czy wbić szpilę w serce, tak jak w wypadku "Epicus Doomicus Metallicus", ale nie zmienia to faktu, że ekipa Leifa Edlinga nagrała solidny album. Bardzo dobra produkcja tylko podkreśla, że mamy do czynienia z bardzo dobrymi kompozycjami.

Nie będę rzucał tytułami, wychwalał poszczególnych zagrywek, czy rozwodził się nad solówkami. Tym bardziej, że tak jak pisałem, najlepiej samemu posłuchać i przekonać się, co takiego ma nam do powiedzenia Król Szarych Wysp.

Jeśli lubicie taką muzykę z niewesołym przekazem, okraszoną sabbathowymi riffami, do tego wszystko to podane z klasycznym, heavy metalowym zacięciem - ten album jest dla was. Solidna rzecz, chociaż do rewelacji daleka droga.

6,5/10
Marcin Müller
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
 

METAL MUNDUS NA FACEBOOKU
*** KOIOS
*** WHORION

więcej wywiadów
*** TESTAMENT
+ Annihilator
+ Death Angel
- A2/ Wrocław

więcej relacji
ARTYKUŁY
*** Czerniejąca Magma
- słów kilka o niezrealizowanym albumie Closterkellera


Top Top  37,310,318 unikalne wizyty  Top Top