AGENCJA METAL MUNDUS











Nawigacja
Artykuły » Recenzje - B » BEARDFISH - Sleeping In Traffic: Part One (2007 Inside Out)
BEARDFISH - Sleeping In Traffic: Part One (2007 Inside Out)


1. On The Verge Of Sanity...
2. Sunrise
3. Afternoon Conversation
4. And Never Know
5. Roulette
6. Dark Poet
7. Harmony
8. The Ungodly Slob
9. Year Of The Knife
10. Without You
11. Same Old Song






Skład:
Rikard Sjöblom (Wokal/Gitara/Klawisze/Perkusja)
David Zackrisson (Gitara/Perkusja)
Robert Hansen (Bas)
Magnus Östgren (Perkusja)



W maju 2007 pojawiły się kolejne pozdrowienia wiosenne ze Skandynawii, przesłane przez zespół BEARDFISH, założony przez czterech muzyków ze Szwecji na początku 2001 roku. Zaczęli komponować zainspirowani tzw. retro-progrockiem, czyli tym co wniosła artystycznie do sztuki progresja począwszy od przełomu lat 60-tych i 70-tych, poprzez boom na świetne płyty kapel progresywnych przez całą dekadę lat 70-tych. Inspiracja godna uwagi,tylko czy nie "zabije" indywidualnych cech stylu BEARDFISH ?
Czy wpływ Wielkich sprzed 35 lat nie stanie się dominujący w twórczości szwedzkiego kwartetu ?Muzycy omawianej grupy nie mają do tej pory dorobku "stawiającego na baczność", raptem 3 CD's,zaliczając do tego zbioru opisywany "SLEEPING IN TRAFFIC". Pierwszy materiał nagrany na płycie w roku 2003 nosi tak karkołomny tytuł w ich języku ojczystym,że nie podejmuję się go na tych łamach zapisać.Zresztą album ten ukazał się w tak niewielkim nakładzie , będąc rozpowszechnianym wyłącznie na
koncertach BEARDFISH w Szwecji, że chyba nie warto poświęcać mu dłużej uwagi. W roku 2006 ukazał się "THE SANE DAY", a 2007 płyta o w/w tytule. Muzycy szwedzkiej formacji nie ukrywają swojej fascynacji dorobkiem GENTLE GIANT, w niektórych fragmentach GENESIS, KING CRIMSON, rockiem symfonicznym,stylem sceny CANTERBURY, aż po wycieczki w kierunku jazz-rocka. Mieszanka zabójcza i przyjemna w odbiorze pod jednym warunkiem, odpowiednio określone proporcje w doborze muzycznych środków i rezygnacja ze zbyt nachalnego naśladownictwa. Widocznie muzycy BREADFISH tworząc muzyczny materiał "SLEEPING IN TRAFFIC" byli świadomi
czekających zagrożeń, ponieważ udało im się zręcznie te rafy ominąć.
Muzyka,którą proponuje ten kwartet jest bardzo świeża, wprawdzie nie odkrywcza,ale nowocześnie brzmiąca,wyzwolona brzmieniowo od spadku rocka progresywnego z lat 70-tych. Obcowanie z tym albumem wymaga od słuchacza skupienia,oferta czterech Szwedów nie jest łatwą muzyką,którą pokochamy już na pierwszej randce. Część utworów połączona,o bardzo zróżnicowanej długości od 47 sekund do ponad 12 minut, sprawia wrażenie typowego koncept-albumu. Od samego początku mamy kontakt z bardzo noweczsną i inteligentną muzyką. Zwracają uwagę nietuzinkowe rozwiązania melodyczne, urozmaicone brzmienie, autorskie pomysły aranżacyjne,wielowarstwowa
struktura niektórych utworów, czy zmiany w dominacji niektórych instrumentów, z których partia każdego wysuwa się w różnych fragmentach na pierwszy plan.
Intro ,czyli "ON THE VERGE OF SANITY..." to melodyjka kataryniarza, po której następuje eksplozja zjednoczonych sił gitar,klawiszy, perkusji, czyli "SUNRISE". Po dość krótkiej demonstracji mocy atmosfera ulega uspokojeniu i pojawia się wyśmienity motyw melodyczny podkreślony organami i dźwięcznym wokalem. W dalszym ciągu tej kompozycji wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Partia lekko rock-jazzująca,ponowne ukojen ie,szaleńcze organy,melodyjny wokal rozlewający się w
przestrzeni. Swoją obecność zaznaczają też brzmiące trochę retro syntezatory. Wokal przechodzi w krzyk i nagłe zakończenie - kilkanaście sekund dźwięku tradycyjnej igły gramofonu szumiącej na winylowej płycie. Bez zbędnych przerw wita nas track nr 3 "AFTERNOON CONVERSATION", przepiękna muzyczna rozmowa delikatnej gitary, głosu i pobrzmiewających gdzieś z tyłu bębenków. Naprawdę utwór doskonale nadający się jako akompaniament romantycznego spotkania pod gwiazdami. Aby nie popaść w
rozmarzenie BEARDFISH serwuje nam pełną dynamiki kanonadę, albo gitariadę na granicy improwizacji, z częstą zmianą tempa i wielogłosowymi partiami. Dość ostry progrockowy utwór ,ostry w ramach kanonu progresji,przy wykorzystaniu momentami sfuzzowanej gitary. Zakończenie podobne do wstępu, czyli niespodziewanie urwane tony. Hegemonia keyboardów inauguruje "ROULETTE", najdłuższy, wielowątkowy
utwór na płycie. Zmienne tempo, urozmaicone motywy, wielokrotnie zmieniająca się supremacja każdego, zaangażowanego w kompozycję instrumentu. Bardzo czyste brzmienie, mimo wielu momentów zwrotnych i licznych, rozwijanych w trakcie trwania utworu koncepcji,struktura pozostaje uporządkowana. W tym tracku trudno spotkać chwytliwe melodie,muzyczna opowieść oparta na dialogu organów i głosu o posmaku z
pogranicza, jazzu, rocka, a nawet wodewilu. Wielowątkowość tego chwilami epickiego nagrania "zmusza" słuchacza do zainteresowania. Inwencja w łączeniu przeplatających się pierwiastków w jeden temat spowodowała, że powstał moim zdaniem najbardziej frapujący utwór na całym albumie. Po tak wysokiej jakości produkcie muzycznym trudno zadziwić odbiorcę. A jednak muzykom BEARDFISH udało się to w pełni. Wspaniała ballada maszerująca przez nasze uszy. Sporo odniesień do klasyki rocka,
szczególnie do tych bardziej "poukładanych" twórczych idei GENTLE GIANT. Ze względu na urzekającą melodię trudno rozstać się z "DARK POET", ale przychodzi to nam łatwiej, niż można się było spodziewać. Dlaczego ? Naszą uwagę przykuwa swoją niekonwencjonalną urodą "HARMONY". Zaryzykowałbym tezę, że w pierwszej fazie tej powolnej, spokojnej i w sumie przewidywalnej kompozycji pojawiają się nawet elementy bluesa. Dominatorem są trochę staromodnie brzmiące organy. To na nich opiera sie
struktura tego tracku. Ale nie można z tego uczynić zarzutu. Partie organów oczarowują, to one nadają właściwy rytm, żadnych przekłamań dźwięku i bardzo zagęszczona organowo atmosfera. Robi to świetne wrażenie jako dzieło bardzo dojrzałych muzyków, nie uciekających od tradycji i klasyki rocka progresywnego. "THE UNGODLY SLOB" to z kolei początkowy popis gitar,dynamicznych, ekspansywnych , z brawurowym riffem. Po kilkudziesięciu sekundach pulsujący bas i perkusja w tle, a
na froncie zjawia się "pan syntezator moog", dzisiaj już trochę zapomniany z tymi swoimi "piskliwimi" dźwiękami. Ponownie specyficzne dla BREADFISH liczne zmiany motywów w ramach jednego utworu. Łagodne zakończenie przygotowuje słuchacza do kolejnego fragmentu , "YEAR OF THE KNIFE", o bardzo "pokręconej" konstrukcji, bez wyrazistego tematu głównego. Jeden z mocniejszych punktów całej płyty. Znakomity nowoczesny sound z wyśmienitą "jazgotliwą" gitarą, solo w środkowej partii utworu.
Zakończenie jest pełnym zaskoczeniem, ponieważ pojawiają się smyczki i tony rodem z koncertującej orkiestry kameralnej. Droga wytyczona przez BREADFISH prowadzi nas do "WITHOUT YOU" , wspaniałej akustycznej ballady. To w zasadzie miniatura, królestwo tęsknego glosu i akustycznych strun. Brzmi prawie jak romantyczna "przytulanka" przed snem. Wiele bandów wykorzystując czar i promieniującą urodę takiej ballady zakończyłoby płytę. Ale nie BREADFISH. Muzycy zespołu
pozostawili słuchaczom jeszcze jeden rodzynek. Nie zmianiając nastroju sprzed kilku minut zaoferowali wyborny, bardzo ambitny utwór z udziałem jazzowego fortepianu, gitar a'la Pat Metheny i stanowiących tym razem tło, niepokojących instrumentów klawiszowych. Przez prawie osiem minut rockmeni z BREADFISH po mistrzowsku stopniują napięcie i dynamikę, tony ewoluują od bardzo wyciszonych, przyjaznych aż do z rozmachem zakończonego motywu muzycznego o przestrzennej strukturze.
Muzyczna oferta BREADFISH wyróżnia się profesjonalnym wykonaniem, niebanalnymi pomysłami w sferze kompozycji, skrzy się sprawnością instrumentalną i świetną współpracą muzyków. Jednak do tej muzyki należy "podchodzić" kilka razy, by móc w niej odkryć zawarte emocje i wrażenia. Nie jest to na pewno "twór" dla niecierpliwych zwolenników banału. Należy ostrzec niektórych potencjalnych odbiorców "SLEEPING IN TRAFFIC", że chwilami wycieczki w kierunku różnych stylów muzycznych mogą drażnić.
Należy jednak także docenić, w jak świetny sposób fragmenty te zostały wkomponowane w niejednorodną "architekturę" utworów. Chcąc zmusić swój mózg do intensywnej pracy intelektualnej posłuchaj BREADFISH, a nie zawiedziesz się !

8/10
Włodek K.



To jedna z płyt, na których recenzję liczy nasz naczelny, podsyłając mi ją w paczce do opisu. I prawdopodobnie gdyby nie to, w ogóle bym tej płytki nie posłuchał. I byłby to dość spory błąd, gdyż album „Cycles” jest co najmniej interesujący, by miejscami nie rzec imponujący. A to jak na debiut bardzo dużo. Ciekawostką jest że zespół posiada aż dwóch członków. Na szczęście na płycie nie przeszkadza to chłopakom na stworzenie naprawdę interesującej muzy luźno zawieszonej w wielkim koszyku zwanym rockiem nie tylko progresywnym. Dużo tu fascynacji drugim wysypem Art. Rocka z lat osiemdziesiątych – słychać echa Asia, poźniejszego Genesis – tak, tak ja wiem, przeżywam kolejny okres fascynacji ich dokonaniami i wszystko, czego teraz słucham porównuję do ich twórczości, ale co ja zrobię, że głos Chrisa bardzo mi przypomina sposób śpiewania Steve’a Wilsona. A muzycznie zresztą na „Cycles” echa „Calling All Stations” również pobrzmiewają. Ponadto można odnaleźć również nieco elementów charakterystycznych dla Stillskin, Nightingale, wyczuwa się również uwielbienie dla wirtuozów gitary pokroju Steve’a Vai’a czy Joe Satrianiego (najbardziej to słychać w instrumentalnym „Send/Return”). A jednak pomimo tylu porównań muzyka brzmi świeżo, interesująco i dynamicznie, potrafiąc porwać słuchacza swoimi emocjami i zabrać w piękną podróż do świata namalowanego muzyką Ghost Circus. Oprócz umiejętności muzycznych i niewątpliwych walorów melodycznych na osobną uwagę zasługuje głos Chrisa Browna który oscyluje gdzieś w klimatach Jeffa Payne’a czy właśnie wcześniej wspomnianego Steve’a Wilsona. Jest niski, lekko zachrypnięty, zmysłowy i ciepły. I świetnie pasuje do tego rodzaju muzyki. I szczerze mówiąc nie znalazłem nigdzie recenzji tego albumu, ale spokojnie jeżeli nawet jestem ich pierwszym recenzentem to z czystym sumieniem mogę napisać, że chłopcy odwalili kawał solidnej roboty, nagrywając album nietuzinkowy, ciekawy i porywający. W pełni zasługujący na sprowadzenie go sobie do swojej dyskografii.

9/10
Piotr „Curse of Feanor” Guzik
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
 

METAL MUNDUS NA FACEBOOKU
*** KOIOS
*** WHORION

więcej wywiadów
*** TESTAMENT
+ Annihilator
+ Death Angel
- A2/ Wrocław

więcej relacji
ARTYKUŁY
*** Czerniejąca Magma
- słów kilka o niezrealizowanym albumie Closterkellera


Top Top  35,864,361 unikalne wizyty  Top Top