AGENCJA METAL MUNDUS











Nawigacja
Artykuły » Recenzje - B » BEARDFISH - Mammoth (2011 InsideOut)
BEARDFISH - Mammoth (2011 InsideOut)

01. The Platform
02. And The Stone Said “If I Could Speak”
03. Tightrope
04. Green Waves
05. Outside/ Inside
06. Akakabotu
07. Without Saying Anything (feat. Ventriloquist)









SKŁAD:
Rikard Sjöblom (Wokal/ Gitara/ Instr. Klawiszowe/ Perkusja)
David Zackrisson (Gitara/ Wokal/ Syntezatory)
Robert Hansen (Bas/ Wokal)
Magnus styren (Perkusja)

Goście
Johan Holm (Saksofon Barytonowy „And The Stone Said...“, “Akakabotu”)
Jimmy Jönsson (Growling “And The Stone Said…”)
Mattias Bengtsson (Tamburyn “Tightrope”, “Akakabotu”)






Mija 10 lat, mały jubileusz od założenia Beardfish, szwedzkiego zespołu rocka progresywnego, który od inauguracji działalności oznajmił publiczności, że ich punktem wyjścia aktywności artystycznej będą osiągnięcia progrocka lat 70-tych. Stąd „łatka” „retro” przy wielu kompozycjach kwartetu. Ale formacja Beardfish dowodzi, że „retro” wcale nie oznacza „ramota pachnąca nieświeżo”, ponieważ w przypadku twórców z fantazją młode, orzeźwiające pomysły w starciu z klasycznymi wzorcami dają świetne, nowoczesne efekty.

Członkowie zespołu przyznają się do inspiracji przede wszystkim King Crimson i Gentle Giant, a ten fakt definiuje w pewnym sensie charakterystykę ich twórczości. Dlatego nikt nie powinien być zdziwiony, że na ścieżkach albumów grupy napotka niełatwe rozwiązania rytmiczne, dźwięki dalekie od sztampy i komercji, instrumentarium przekraczające ramy rockowego standardu (tamburyn, flet, saksofon, obój), odjazdy w kierunku klasycznego free jazzu, ambitnego rocka, nawet akcenty bluesowe, no i wiele odniesień do złotej ery hard rocka. A muzycy wielokrotnie ignorują upływający czas, nowe patenty techniczne, modne trendy, tworząc tak, jak im w duszy i sercu gra, czego wynikiem są w ich dyskografii tak obecnie „archaiczne” utwory dwucyfrowe, z apogeum w postaci „Sleeping In Traffic: Part One” ze swoim życiem trwającym ponad 35 minut.

Muza Beardfish to także wyzwanie wobec słuchaczy, stąd trudno powiedzieć, że ich albumy cieszą się szaleńczą popularnością, gdyż w dobie jakiś mp63 (to nie pomyłka, lecz kpina), odsłuchiwania jakościowego szajsu z internetu, niechęci młodego pokolenia do wysiłku intelektualnego przy odbiorze muzyki (przepraszam tych, którzy do tego „elitarnego” grona nie należą), koncepcje kwartetu wydają się być muzyką rockową z ponadnormatywnym IQ, dla większości Kosmosem dźwięków przerastającym ich siły. Konsumując produkty twórczości Szwedów należy być przygotowanym na liczne niespodzianki, wynikające z „przemytu” do autorskich projektów wpływów z dorobku innowatora Franka Zappy, wymieszanego z elementami artystycznego dziedzictwa Van Der Graaf Generator, „przyprawionych” hard rockowym „pieprzem” z kart historii Uriah Heep (ach te organowe, dynamiczne wstawki!), pokrytych mozaiką barw i odcieni Karmazynowych (rockowa furia, jazzowa energia zestawiona z partiami generatora „gęsiej skórki” melotronu).

Najmłodsze „dziecko” Beardfish różni się w kilku punktach od swoich fonograficznych poprzedników. W pierwszej linii rockmani skrócili rockowe opowieści do jednocyfrowych wymiarów, co wcale nie znaczy, że uprościli wypowiedzi, ponieważ także w tych kilkuminutowych rozdziałach dzieje się mnóstwo, a zdarzenia zmieniają często konfigurację profilu rytmicznego, brzmieniowego czy melodycznego. Po drugie nacisk, szczególnie w pierwszej części albumu położono głównie na hard rockowe „odloty”, stąd bywa dynamicznie, mocarnie, eksplodująco, ogniście, motorycznie.

Ale Rikard Sjöblom, kompozytorski „macher” formacji, i trójka kolegów nie zapomnieli o wielbicielach dłuższych form, proponując „And The Stone Said „If I Could Speak”, ponad 15-minutową encyklopedię progresywnej muzyki rockowej. Po zapoznaniu się z tymi tłustymi riffami gitary, „ryczącymi” kreacjami basu i perkusji i dudniącymi solowymi wstawkami instrumentów klawiszowych musimy dojść do wniosku, że oto „zaatakowała” nas pełna naturalnej siły, wściekłości i potencjału elektrycznego gwałtowna wiosenna burza z wyładowaniami, po których w oczach czai się autentyczny strach. Sam, mimo że wydaje mi się, że teoretycznie znam możliwości kwartetu, zrobiłem „wielkie oczy” na niektóre kurtyny dźwięku, znajdując w pamięci adekwatne określenie, choć może odrobinę nieprzyzwoite, do artystycznych emocji Beardfish „Muzyka z jajami!”. Jak już „pisnąłem słówko” na temat nomen omen kompozycji- mamuta, pozostańmy na moment przy jej zawartości.

Od pierwszej sekundy klimat epickiego poematu, świetny motyw melodyczny, a instrumentalnie cała bateria zagrywek z katalogu zespołu, szalejące, luzackie i ekspansywne Hammondy, oszczędna, ale soczysta sekcja, ostra gitara o czystym brzmieniu, na drugim planie odgłosy melotronu. Całe kaskady dźwięku traktujące słuchacza jak „gąbkę”, chłonącą z ciekawością dziecka pasjonujące partie instrumentalne. Dopiero po 3. minucie następuje znaczące spowolnienie tempa, ale muzyka nie traci nic ze swojego majestatu, potęgi „olbrzyma” kroczącego po pięciolinii, ustępując pola występowi wokalu. W tle „przewalają” się sekwencje dźwięków dyktowane przez gitarę basową i znaczone punktowaniem perkusji. Organowe smugi „fruwają” w przestrzeni jak nieokiełznane komety, zostawiając po każdym „locie” istotne ślady w krainie ludzkich receptorów. Z jednej strony zwarta całość brzmi w zakresie poczucia estetyki, jakby ktoś wyciągnął ze strychu kuferek sprzed epoki, z drugiej zaś strony każdemu niezwykle łatwo wychwycić nowoczesną manierę gry na rockowych instrumentach, spójność prezentacji, jej ponadczasowość.

Jeszcze większej pikanterii nabiera utwór po wejściu w 7:50 saksofonu rywalizującego z gęstymi organami. Naprawdę każde ucho rozpozna mistrzostwo. Po 9. minucie kolejne meandry rytmiczne prowadzące odbiorcę na terytorium klasycznego hard rocka, a gdyby wyłączyć miotające się Hammondy, to kto wie, czy nie powitalibyśmy dźwięków stricte metalowych na pokładzie Beardfish, podkreślonych wokalną manierą na granicy growlu. Ten epizod pokazuje otwartość kreacji kwartetu, którego kompletnie nie interesują sztucznie wytyczone przedziały w stylistycznych szufladkach. Finał godny wspaniałego rockowego hymnu.

Poprzedzający suitę, 8-minutowy „The Platform”, urzeka piorunującą dynamiką, tempem podnoszącym poziom adrenaliny, rewelacyjnymi partiami gitary, „połamaną” strukturą rytmu kontrolowaną przez bezbłędny duet Robert Hansen- Magnus Östgren. Profesjonalnie sporządzony hard rockowy killer, twardy i monumentalny. W fazie środkowej niesamowity gitarowy pojedynek, a wybuchowe dźwięki eksplodują jak petardy, oddając co rusz salwę w kierunku odbiorców.

Po dwóch aktach (ponad 23 minuty) każdy może poczuć się zmęczony intensywnością spektaklu, dlatego rockmani postanowili dać trochę czasu na głębszy oddech. „Tightrope”, melodyjna piosenka, przystępna, wywołująca wspomnienia z aranżacji późnych Yes, rytmiczna, klarownie podzielona na frazy zwrotka- refren, co w numerach Beardfish występuje niezmiernie rzadko.

Kolejny krok nazywa się „Green Waves” (8:54), gdy już na wstępie klimat poprzednika odpływa „ w siną dal”. Do akcji wkraczają gwałtowne erupcje gitarowe, kolejny raz bas i bębny dają nieźle do wiwatu, a wszechobecne wcześniej, rozpychające się klawisze zniknęły jak kamfora, dochodząc zaledwie zdawkowo do głosu w drugiej fazie songu. Jest to także jaskrawy przykład mocno gitarowego przedstawienia, co w przypadku tej grupy, w konfrontacji z innymi pozycjami w dyskografii, jest pewną nowością.

Miniatura „Outside/ Inside” trwa tylko 1:44, jest utworem fortepianowym, bez udziału innych instrumentalistów. Dosyć minimalistycznie brzmienie i powaga tematu melodycznego. Ten drobiazg stanowi absolutny kontrast wobec chwilę potem wkraczającego na salony, dziwnego tytułu „Akakabotu”, numeru ślicznego w swojej linii melodycznej, z dominacją Hammondów i znakomitego saksofonu. To zestawienie daje kompozycji wymiar dzieła jazzowego, choć mnie przywołuje w pamięci najlepsze dokonania niezapomnianego Colosseum. W trakcie dęciak pokazuje pazurki, a nawet momentami agresję. Fajna jest także konstrukcja z powrotami głównego wątku melodii, który wiele razy przewija się po płaszczyznach utworu .

Krążek zamyka „Without Saying Anything”, chyba najbardziej retro w całym zestawie. Średnie tempa, potwierdzenie klasy wykonawców, z „widocznymi” partiami fortepianu, organów, z motto- najmniej hard rocka, najwięcej tradycyjnej progresji.

„Mammoth”, patrząc na jego zawartość muzyczną, przez indywidualny pryzmat autora tekstu, to kolejna perełka w kolekcji zespołu. Udane połączenie dźwięków progresywno- jazzowo- hard rockowych, z tym, że za pierwiastek jazzowy odpowiada jedynie saksofon barytonowy w symbiozie z tym, za co kochamy rock, czyli gitarami, basem i perkusją Potwierdzenie możliwości kwartetu, który do tej pory nie splamił się płytą przeciętną, a ma ich na koncie sześć. Nie wiem, jak skłonić Szanownych Czytelników do zagłębienia się w lekturę tego wartościowego dzieła, choć jestem przekonany, że już po pierwszym akcie albumu wielu z Was, zostanie pochwyconych „w macki” tej pięknej i dosyć niekonwencjonalnej sztuki muzycznej. Wiem także, że dla niektórych, którzy do tego czasu nie spotkali na swojej drodze płyt z rejestracją ich muzyki, zespół Beardfish będzie odkryciem. Dajmy sobie więc szansę!

8/10
Włodek K

BEARDFISH

Dyskografia
Fran En Plats Du Ej Kan Se (2003 Progress Records)
The Sane Day (2006 self released)
Sleeping In Traffic: Part One (2007 InsideOut)
Sleeping In Traffic: Part Two (2008 InsideOut)
Destined Solitaire (2009 InsideOut)
Mammoth (2011 InsideOut)
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
 

METAL MUNDUS NA FACEBOOKU
*** KOIOS
*** WHORION

więcej wywiadów
*** TESTAMENT
+ Annihilator
+ Death Angel
- A2/ Wrocław

więcej relacji
ARTYKUŁY
*** Czerniejąca Magma
- słów kilka o niezrealizowanym albumie Closterkellera


Top Top  35,864,598 unikalne wizyty  Top Top