
Brazylijski thrash metal. Już słyszę jak ktoś chcę krzyknąć „SEPULTURA!!”. Guzik! Tak klasycznie brzmiącej płyty dawno już nie słyszałem. Mimo że ostatnio zapanowała chyba moda na mały stylistyczny powrót do lat 80, nie tylko w Brazylii zresztą, to jednak niewiele jest zespołów, które faktycznie decydowałyby się na taki zabieg umiałoby to zrobić w taki sposób.
Przyznać trzeba, że sposób w jaki Breakdown przenosi słuchaczy dwie dekady wstecz jest genialny w swej prostocie. Brudne, garażowe brzmienie, w połączeniu z surowością kompozycji i dzikością samej muzyki. I w tym miejscu mógłbym szczerze mówiąc skończyć. Nie byłbym jednak sobą, gdybym to zrobił. Dlatego spróbujmy rozłożyć „Time to Kill” na części pierwsze.
Przede wszystkim brzmienie, które jest surowe, brudne, wręcz „KVLTOWE”:). Przypomina trochę to co można usłyszeć na ostatnim longplayu polskiego Witchmaster. Muszę przyznać, że cholernie dobrze pasuje to do zawartości muzycznej krążka. Ta z kolei stoi na zaskakująco wysokim poziomie, nawet biorąc pod uwagę fakt, że to przecież nic ponad dość standardowy thrash metal. Gitara smaga uszy nieskończonymi seriami ostrych riffów i kanonadą solówek, bas plumka cicho w tle a wokal wydziera się aż miło, i tylko perkusista czasem zdaje się przegrywać z materiałem, grając tu i ówdzie odrobinę nierówno. Ale ten mankament wcale mnie nie zraził, wręcz przeciwnie! Muzyka zawarta na „Time to Kill” tętni życiem, posiada to COŚ co przyciąga słuchacza na długie godziny i nie daje się oderwać. I to jest właśnie największa moc tego albumu – dusza. Coś, co nie zawsze udaje się umieścić na swoich albumach największym tuzom muzycznego świata. I to właśnie to sprawiło, że poczułem się tą muzyką oczarowany. Bo szczerych do bólu dźwięków nigdy dość. A, że często nie uświadcza się już w dzisiejszych czasach takich wydawnictw, gdy co druga „dobra” płyta to zwykły produkt, takie właśnie krążki są wspaniałymi perełkami. Prawdziwa płyta z charakterem. Szczerze polecam.