|
| Polecamy albumy |
 STREFA MOCNYCH WIATRÓW - Live
 CORRUPTION - Bourbon River Bank
|
|
| 2007.06.19 - Heaven & Hell - Torwar / Warszawa |
Heaven & Hell, Mech, Orange Goblin
19.06.2007 Torwar/ Warszawa
Na początku miałem zamiar w tej relacji znów rzucać gromami i wściekać się na frekwencję, ale pomyślałem, że nie ma to większego sensu. Pisałem już o tym przy okazji innych koncertów, po co się powtarzać, niektórzy i tak nigdy nie zrozumieją. W końcu to ja poszedłem na koncert, a nie na piwo i to nie ja muszę żałować absencji na najważniejszym chyba koncercie tego roku.
Gdy dowiedziałem się o trasie Black Sabbath w składzie z Dio, nie sądziłem, że dotrą do Polski. A jednak – niemożliwe stało się możliwe i oto Dio, Iommi, Butler i Appice przybyli do Polski na 2 koncerty – do Warszawy i do Katowic. Owszem, bilety były drogie, ale myślę, że czasu było wystarczająco dużo, by uzbierać odpowiednią kwotę.Wiem, że w tym okresie było kilka innych koncertów, ale o ile Dream Theater, Slayer, Celtic Frost czy Type O Negative jeszcze do nas przyjadą, to trasa Black Sabbath z Dio była przedsięwzięciem jednorazowym i nigdy się nie powtórzy. Ale zostawmy już ten temat, przejdźmy do najważniejszego – do muzyki.
Gdy ludzie jeszcze wchodzili, na pół godziny przed planowaną porą rozpoczęcia koncertu, pojawił się na scenie pierwszy zespół. Byłem święcie przekonany, że jako pierwszy wystąpi polski Mech. Jakież było moje zdziwienie i oburzenie, gdy me oczy ujrzały kolesi z Orange Goblin! Co za kretyn i osobnik pozbawiony zdolności myślenia zamienił kolejność supportów? Rozumiem, że Mech gra dłużej (choć na prawie 20 lat zniknął ze sceny), ale nie ma chyba wątpliwości, który zespół jest bardziej znany...i lepszy.
Ale nic już niestety nie dało się zrobić. Wyszli panowie z Orange Goblin i zaczęła się pyszna stoner rockowa jazda. Zaczęli od pierwszego kawałka z ostatniej płyty - „Ballad Of Solomon Eagle”. Świetne brzmienie (brawo dla dźwiękowców), radość muzyków i energia, która niestety średnio udzielała się publiczności. Ludzie jeszcze nierozgrzani reagowali na Goblinów dość chłodno, wokalista co chwilę musiał zachęcać ludzi do machania głowami, klaskania, itp. Ben Ward mówił, że to ich druga wizyta w Polsce (2 tygodnie wcześniej byli we Wrocławiu) i że jesteśmy rewelacyjni, ale brzmiało to jak czysta kurtuazja. Goblini zapodawali kolejne pyszne kąski, Ward wypijał kolejne piwa, publiczność powoli zaczęła się rozkręcać, ale po ośmiu utworach (były jeszcze m.in. „Round Up The Horses”, świetny „Some You Win Some You Lose” czy zagrana na koniec „Scorpionica”) zespół musiał zejść ze sceny. Obiecali, że przyjadą w przyszłym roku już jako headliner. Mam nadzieję, że mówili serio, świetnie by było ich zobaczyć na normalnym koncercie, a nie jako support, mający tak mało czasu na pokazanie swoich możliwości. W każdym razie koncert bardzo dobry i przyznam, że jeszcze bardziej ich doceniłem. Orange Fuckin' Goblin baby!
Kilkanaście minut później na scenie już instalował się Mech. Przyznam się do swej niewiedzy, nie znałem wcześniej Mecha, czytałem o nich co nieco, ale muzyki nie znałem w ogóle. Cóż, od strony muzycznej wypadli całkiem nieźle, przyjemny hard rock, poprawnie zagrany. Może gdybym wcześniej nie widział Goblinów, bardziej by mi podpasowali, a tak było po prostu dobrze. Dziki okazał się dobrym gitarzystą, choć może za dużo było popisywania się i udawania że jest się Zakkiem Wylde'em. Basista Krzysiek Najman (tak, ten z Closterkellera) wywijał na basie naprawdę miło. Niestety był też wokalista (jedyny zresztą oryginalny członek Mecha), we fraku i lenonkach, wyglądający jak skrzyżowanie Ozzy'ego i Pana Kleksa. Bardziej chyba zależało mu na podobieństwie do Ozzy'ego, co widać było w ruchach scenicznych i śpiewie. Cóż, w efekcie wyglądało to jak kiepska karykatura Ozzy'ego. Jego wokal nie dość, że słabo słyszalny to pozostawiał wiele do życzenia. Średnie dowcipy rzucane ze sceny też niewiele mu pomogły. Na szczęście Mech nie grał dłużej niż Orange Goblin i również po 35 minutach zszedł ze sceny żegnany brawami. Przyznać trzeba że Mech wzbudził żywsze reakcje niż Goblini. Publika była już rozgrzana i miała większą ochotę do zabawy.
Teraz już zostało tylko czekać na główną atrakcję wieczoru – Black Sabbath!!! Rozglądałem się po Torwarze w nadziei, że na samych Sabbathach wreszcie trybuny się zapełnią; nic z tego, wciąż było ok. 2,5 tys. ludzi (podobno dzień później w Spodku było trochę lepiej – 3,4 tysiące). Szkoda że na tak wyjątkowym wydarzeniu było tak mało osób.
Kilkanaście minut po 21 zaczęło się! Przy dźwiękach „E5150” panowie Butler, Apppice, Dio i Iommi wchodzą na scenę! Wrzask publiczności i zaczynamy, na początek „Mob Rules” wykonane z niesamowitym kopem, co za energia w tych nie najmłodszych już przecież panach! Po lewej Butler, wydobywający ze swego basu cudowne podkłady, z tyłu Vinnie Appice schowany za swoim imponującym zestawem, z przodu mały wielki Dio, wciąż w wyśmienitej formie wokalnej, o jakiej Ozzy mógłby tylko pomarzyć, i po prawej cichy bohater – Tony Iommi z nieodłącznym krzyżem na szyi, raczący nas magicznymi dźwiękami wydobywanymi ze swojej gitary. Od strony wizualnej było na czym zawiesić oko, scenografia przedstawiają zamek, w którego oknach często widać było ujęcia muzyków. Innym razem cała ściana zamku służyła do wyświetlania wizualizacji do poszczególnych utworów. Światła to osobna bajka i osobie odpowiedzialnej za nie należą się spore brawa. Po „Mob Rules”, Dio wita się z polską publicznością i jedziemy dalej, Ronnie zapowiada pierwszy utwór jaki napisali razem – „Children Of The Sea”! Rewelacyjny kawałek, rewelacyjne wykonanie, jak dobrze usłyszeć te utwory na żywo! Potem szybki skok do „Dehumanizera” – „I”, jeden z moich ulubionych kawałków z tej niedocenianej płyty. Panowie nie zwolnią tempa do końca. Będzie miejsce i na „Sign Of The Sothern Cross”, na „Voodoo” zabawnie zapowiedziane przez Dio, będzie wreszcie mój faworyt z „Dehumanizera” – „Computer God” (zresztą chyba nie tylko mój, ryk publiki świadczył o tym dobitnie), będzie też coś z „The Dio Years” – „Shadow Of The Wind”. O ile na płycie nie do końca mnie przekonywał, to wersja koncertowa wgniatała w ziemię! Co za utwór, co za brzmienie, co za zespół! Będzie też okazja usłyszeć solówkę perkusyjną Vinniego Appice'a. Widać że rozwinął ją i różniła się od tej z początku trasy (Boże, błogosław bootlegi!). Szczególnie jej końcówka robiła wrażenie, gdy Appice wstał i grał tyłem do publiczności, a z głośników leciał elektroniczny podkład do jego popisów. Ladies & Gentlemen, Vinnie Appice!
Przed „Die Young”, tak jak na całej trasie Iommi zaprezentował nam pyszną solówkę, przy której zapewne niejednemu szczęka opadła! Przez cały koncert bardzo statyczny, czasem uśmiechający się pod nosem, za to grający w sposób wyjątkowy i magiczny, jedyny i niepowtarzalny Tony Iommi!
Po „Die Young” Dio zapowiada najważniejszy utwór tego składu, tytułowy utwór z pierwszej płyty – „Heaven And Hell”, radość publiczności sięga zenitu, wszyscy nucą riff, a potem kolejne linijki tekstu. Muzycy zadbali o oprawę tego utworu, niesamowita gra świateł, czerwone światło na twarzy Dio w odpowiednim fragmencie (to samo mieliśmy na koncercie Dio 2 lata temu), efekty pirotechniczne. A poza tym utwór jak zwykle rozciągnięty do granic mozliwości, kolejna improwizacja Iommiego, cudo, szkoda że zabrakło miejsca na solówkę Butlera, to by było coś! Po „Heaven & Hell” Black Sabbath schodzi ze sceny, ale wiemy że to nie może być koniec. Co ciekawe, zwyczajowego skandowania nazwy zespołu nie było. Ktoś zaintonował riff do „Heaven & Hell” i po chwili nucił go cały Torwar. Muzycy chyba docenili to nietypowe wywołanie na scenę i wkrótce powrócili. „Nie moglibyśmy odejść bez zagrania Wam tego utworu – Neon Knights!”. Neonowe światła, moc, energia, ekstaza! I nigdy nie zapomnę radości na twarzach Dio i Iommiego, gdy usłyszeli ten ryk Polaków: „oh no! Here it comes again...”. To już nie był ten uśmiech pod nosem u Iommiego, to był prawdziwy rogal!
Kończy się „Neon Knights”, niestety kończy się też ten nieziemski koncert. Muzycy drugiego bisa nie przewidują, zapalają się światła, Iommi rzuca garść kostek, zespół się kłania i jedzie do Katowic.
Szkoda że występ trwał tak krótko, jakieś 95 minut. Na początku trasy grali jakieś 15-20 minut dłużej i było też więcej utworów: m.in. „Lady Evil” (najbardziej żałuję, że tego wlaśnie nie było), „After All”, „Devil Cried”. Być może zmęczenie dało się we znaki i muzycy na koniec trasy skrócili setlistę. Ale to był jedyny minus. To było prawdziwe wydarzenie, prawdziwa uczta dla fanów heavy metalu, dla tych najmłodszych i dla tych nieco starszych. No właśnie, przekrój wiekowy na Torwarze był dosyć spory, od lat 10 do 50, i to cieszy. Martwić może tylko fakt, że wystarczyło zrobić jeden koncert zamiast dwóch, by zmieścić tych, którzy chcieli zobaczyć Sabbs. Cóż, ci co przyjechali na pewno nie żałują. Koniec i bomba, kto nie był ten trąba!
Maciek Rojewski
Setlista:
Blak Sabbath:
01.E5150
02.The Mob Rules
03. Children Of The Sea
04. I
05. The Sign Of The Southern Cross
06.Drum Solo
07. Voodoo
08. Computer God
09. Falling Off The Edge Of The World
10. Shadow Of The Wind
11. Guitar Solo/Die Young
12. Heaven And Hell
------------------------ --------
13. Neon Knights/H&H Reprise
Orange Goblin:
01.Ballad of Solomon Eagle
02.Quincy The Pigboy
03.Getting High On A Bad Times
04.Aquatic fanatic
05.Round Up The Horses
06.Blue Snow
07.Some You Win Some You Lose
08.Scorpionica
Na początek muszę zaznaczyć, że jestem nieobiektywny, albowiem uwielbiam Sabbath z Dio. Jednocześnie z pełną odpowiedzialnością za słowa oświadczam, że to był najlepszy koncert, jaki widziałem.
Wiele koncertów w tym roku opuściłam (z wiadomych zapewne powodów), ale tego nie mogłem. I chociaż cena była wyjątkowo zabójcza, to zobaczenie żywej historii hard rocka/ heavy metalu odpuścić nie mogłem. Podejrzewałem, że cena oraz duża ilość koncertów w tym roku spowoduje, że rogromnychr1; tłumów nie będzie, ale już rwielkichr1; się spodziewałem. Niestety, srogo się pomyliłem. Owszem, było trochę ludzi, ale na pewno nie tyle, ile być powinno na TAKIM zespole. Zabrakło też młodzieży. I to jest ciut niepokojące...
Spodziewałem się czarnej sceny, na niej czterech facetów i dobrej muzyki. I znów się pomyliłem. Nie było czarnej sceny, ale rewelacyjne widowisko z użyciem świateł, slajdów, a nawet (raz) wybuchów. A wszystko to było znakomicie dopasowane do każdego utworu, wzmacniało doznania wywoływane samymi dźwiękami. Doświadczyliśmy przedstawienia z serii rświatło i dźwiękr1;, ale w bardzo pozytywnym tego określenia znaczeniu. Widziałem już podobne rzeczy, ale jestem pewien, że to było najlepsze. Było trochę teatralności, ale bez niepotrzebnych przegięć, było widowisko, ale na tyle stonowane, że nie przytłaczało tego, co przecież było najważniejsze, czyli muzyki. A wręcz przeciwnie, bardzo skutecznie ją wspierało.
No właśnie, w jednym się tylko nie pomyliłem. Pod względem dźwiękowym, wykonawczym i wszelkim innym było rewelacyjnie. W życiu bym się nie spodziewał, że na Torwarze można uzyskać taki dźwięk. Wszystkie instrumenty były czytelne, wyraźne, a brzmiały, aż ciary przechodziły po plecach. Znakomicie nagłośniona perkusja z czytelnym każdym kotłem i talerzem, perfekcyjnie nagłośniony bas Geezera, pracę rąk którego można było oglądać bez końca, rewelacyjnie nagłośniona gitara(y) Tony'ego, który - jak zwykle - ze stoickim spokojem wydobywał z niej niepowtarzalne riffy. Mistrzostwo świata.
A Dio? A Dio to po prostu DIO! Aż ciężko sobie wyobrazić, że ten facet ma sześćdziesiątkę. Och, Dio, żeby wszyscy wokaliści tak śpiewali.
Panowie zagrali półtoragodzinny set, w którym znalazły się same wielkie tytuły z trzech studyjnych, dużych -wydanych do tej pory - wspólnych płyt. Tylko trzy płyty, ale i tak wybór był ciężki. Oczywiście nie zabrakło The Mob Rules, Children Of The Sea, Voodoo, Heaven And Hell, Children Of The Revolution, Sign Of The Southern Cross, czy zagranego na bis Neon Knights. Zagrali też jeden z trzech nowych kawałków, które znalazły się na ostatnio wydanej składankowej płycie - "Shadow Of The Wind", który znakomicie zresztą wpasował się w cały set.
Już same tytuły powalają, a teraz wyobraźcie sobie, że słyszycie je na żywo, że śpiewają i grają je sami mistrzowie! Kto zrezygnował z koncertu z innych powodów niż choroba, niech żałuje. Niech bardzo żałuje. To było jak dotknięcie historii, to było jak dotknięcie absolutu (przynajmniej w sferze muzyki metalowej!)
Z racji kompozycji tej relacji, nie napisałem na początku o supporcie. A trzeba zaznaczyć, że też był przedni. Odnowiony jakiś czas temu Mech jest jedynym w swoim rodzaju, wyjątkowym zespołem, który w znakomity sposób potrafi połączyć stare z nowym, dobry stary rock/ hard rock z nowoczesnym brzmieniem, z elementami współczesnych trendów. Maciej Januszko i jego młodsi muzycy, aczkolwiek o sporym stażu scenicznym, też zagrali same stare wielkie hity grupy, jak Tasmania, Piłem z diabłem bruderszaft, czy Brudna muzyka. Nie zabrakło też ostatniego największego "hitu" zespołu, czyli utworu "Painkiller". Bardzo chętnie zobaczyłbym ich na własnym, solowym koncercie i już czekam na zapowiadaną na jesień tego roku nową płytę.
Ray
|
|
| Komentarze |
|
Brak dodanych komentarzy. Może czas dodać swój?
|
|
| Dodaj komentarz |
|
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
|
|
| Oceny |
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.
Brak ocen. Może czas dodać swoją?
|
|
|
| Nadchodzące koncerty: |
|
|
|
| Sklep Metal Mundus |


|
|
| Aktualnie online |
Gości online: 5
Użytkowników online: 0
Łącznie użytkowników: 266
Najnowszy użytkownik: earthshine
|
|
|