AGENCJA METAL MUNDUS


METAL UP!

= 20.12.2017

- ELUVEITIE
- SILENT CIRCUS
- VALKENRAG

+ Kraków / Kwadrat



= 22.12.2017

IN BLAST WE TRUST

- UNBORN SUFFER
- FINAL SIX
- ETERITUS

+ Włocławek / Czarny Spichrz




































































Nawigacja
Artykuły » Recenzje - C » CLOSTERKELLER - Viridian (2017 Universal Music Polska)
CLOSTERKELLER - Viridian (2017 Universal Music Polska)
01. Viridiana
02. To albo to
03. Król jest nagi
04. Marcja
05. Pokój tylko mój
06. Inkluzja
07. Matka Ojczyzna
08. Nocne polowanie
09. Kolorowa Magdalena
10. Studnia tajemnic
11. Strefa ciszy



Skład:
Anja Orthodox (wokal)
Michał „Jaro” Jarominek (gitara)
Michał „Rollo” Rollinger (klawisze)
Aleksander Gruszka (bas)
Adam Najman (perkusja)



Quo vadis Closterkeller??

Nie napiszę tej recenzji... wyrwało mi się mimowolnie po pierwszym przesłuchaniu najnowszej płyty CLOSTERKELLERA... nie jestem w stanie... Jednak nie mogę przejść obojętnie wobec tego, czego doświadczyłem podczas poznawania „Viridian”. Dlatego zapraszam (chętnych) na długą podróż... bo to, co poniżej zamieszczono – to już nie recenzja, to OPOWIEŚĆ.

Sześć bardzo długich lat przyszło mi czekać na kolejny studyjny album mojego ulubionego Clostekellera. Przerwa wydawnicza identyczna, jak ta, która przytrafiła się kapeli pomiędzy „Nero” a „Aurum”. Od ukazania się poprzedniego krążka wydarzyło się wewnątrz grupy bardzo wiele, niekoniecznie miłych rzeczy… Jednak na tyle znaczących, że następca „Bordeaux” nie miał szans powstać szybciej…

Ale, po kolei. W 2013 roku rozleciał się najmocniejszy, rokujący duże nadzieje na podbój świata skład. Odeszli po kolei: perkusista Gerard Klawe, gitarzysta (i prywatnie jednocześnie drugi mąż Anji) Mariusz Kumala oraz basista Krzysztof Najman (pierwszy mąż liderki). Dwaj ostatni mieli ogromy wpływ na twórczość i brzmienie zespołu. Anja i Rollo nie poddali się, choć sytuacja do łatwych nie należała. Do zespołu w krótkim czasie dołączyli basista Olek Gruszka, perkusista Robert Kubajek oraz gitarzystka Zuzanna Jaśkowiak. Już z nimi w składzie powstały nowe, klimatyczne, ale cięższe zarazem – niczym czerniejąca magma – utwory, jak „Marcja” czy „Pokój tylko mój”, zaś trasa Abracadabra Gothic Tour 2014 pokazała, że to odnowione oblicze grupy bardzo dobrze rokuje na przyszłość, nie tylko od strony stricte muzycznej, ale też pod względem relacji międzyludzkich. Można było mieć nadzieję, że Closter pokusi się o mroczny, cięższy album. Tak się jednak nie stało, gdyż u progu 2015 roku wszystko ponownie się posypało. Jednak odejście Zuzy i Roberta – na pewno bardzo bolesne – nie podcięło skrzydeł zespołowi. Na ich miejsce przyszli młodzi, raczej mało doświadczeni muzycy, będący „na przysłowiowym dorobku”. O ile posada perkusisty niewiele zmieniała (notabene Adam Najman był zawsze blisko zespołu, pracował i wspierał go „z boku” już za czasów „Bordeaux”) w obliczu kapeli, tak z osobą gitarzysty – Michała Jarominka – pewne kwestie nabierały nowych barw. Bo nie ma się co oszukiwać, Zuza gwarantowała swoją grą penetrowanie terenów nie tak odległych od stylistyki metalowej (na pograniczu metalu, rzekłbym), „Jaro” zaś zdecydowanie bardziej kierował się ku dźwiękom bardziej przestrzennym, pinkfloydowskim, stricte rockowym pasażom, bliższym szkole i stylowi, jakiemu wierny cały czas pozostawał Mariusz Kumala. Taka zmiana dawała niżej podpisanemu wiele do myślenia. „Ciężka ręka” Zuzy i bardziej mroczne dźwięki jej towarzyszące miały ustąpić miejsca bardziej melodyjnym podkładom i większej przestrzeni. Po grze Michała, zwłaszcza po tym, co i jak prezentował podczas wiosennych koncertów, spodziewałem się, że nowy album podąży ścieżką „Aurum”, a kompozycje, które z Zuzą brzmiały ciężko, zostaną przearanżowane i po prostu złagodzone. Ale tak naprawdę, wspomniana już wiosenna trasa, podczas której grupa prezentowała aż osiem utworów, jakie miały trafić na nowy album, nie dała mi żadnej odpowiedzi, jak płyta zabrzmi i w którym kierunku formacja podąży. Postanowiłem nie rozważać już żadnego scenariusza, pomny podobnej sytuacji przy albumie „Aurum”, gdzie też część utworów grana była przez zespół ponad rok (albo i nawet dwa) przed premierą płyty. Zdecydowałem się zresetować umysł i grzecznie poczekać do premiery, wyznaczonej na dzień moich imienin!

Jestem wielbicielem closterkellerowej muzyki od 1989 roku, od utworu „Maska – moje drugie ja”, który pojawił się swego czasu na liście przebojów radiowej „Trójki”. Lubię zimnofalowe oblicze zespołu z pierwszych dwóch płyt, rockową przemianę na „Violet”, kocham ciężar „Scarlet”, mrok „Nero”, przestrzeń i piękno „Aurum” oraz „Bordeaux”, klimat „Cyan”, smutek „Graphite”. Dlatego spotkanie z „Viridian” i pierwszy jego odsłuch, miał dla mnie – jak pewnie dla zdecydowanej większości sympatyków grupy – szczególne znaczenie. Jak dotąd bowiem, każda barwa, każdy kolejny kolor (wcielenie, oblicze) Closterkellera sprawiał, że jeszcze bardziej zespół ten stawał się bliski mojemu sercu. Ostatnie dni przed premierą jeszcze tylko podnosiły poziom napięcia związanego z oczekiwaniem na płytę... Nerwowo jak nigdy dotrwałem do piątkowego popołudnia... a i to mogło się różnie potoczyć, gdyż niemalże wyrwałem swój egzemplarz z salonu empiku. Bowiem dostawa dotarła tuż przede mną i tylko dzięki uprzejmości i życzliwości młodych ekspedientów, którzy przed formalnym przyjęciem towaru poszukali mojej przesyłki i wręczyli mi ją, mogłem cieszyć się już w piątek z nabycia płyty...

I oto jest, mam... „Viridian” - closterkellerowe dzieło z 2017 roku. Zanim napiszę cokolwiek o zawartości tej płyty – mała uwaga... podjąłem postanowienie, że NIE BĘDĘ OCENIAĆ zespołu! Chciałbym jedynie podzielić się swoimi wrażeniami, odczuciami i emocjami, jakie niniejszy krążek we mnie wyzwolił... a są one silne, silniejsze niż kiedykolwiek wcześniej...

Już pierwszy odsłuch rzucił mnie na kolana. Przeżyłem głęboki SZOK! Towarzyszył temu całkowity opad szczęki (aż na samą podłogę) oraz „wytrzeszcz” oczu. Kręciłem głową z niedowierzaniem, komentowałem prawie każdy dźwięk, wers, zwrotkę (jak stara baba, sorki, ale tak było)... i pytałem siebie: „gdzie tu podział się ten Closterkeller”? Tak... nie wierzyłem w to, co słyszę... nie ma Closterkellera w Closterkellerze!!! Dopiero dwa ostatnie utwory przywróciły mi to, co zawsze było solą muzyki zespołu, czyli ten wszechobecny (dotąd), należyty klimat, jaki zawsze wytwarzały specyficzne, wiodące partie gitarowe. To „coś”, co od zawsze powodowało, że momentalnie rozpoznawało się TEN band! W dowolnym pod względem charakteru utworze, czy to bardziej piosenkowym, czy gotyckim... Emocje wzięły górę, bo kolejne podejścia do materiału z „Viridian” uzmysłowiły mi, że nie jest tak źle, że tego „closterkellerowania” jednak na albumie trochę jest... i znacznie więcej, niż mi się początkowo wydawało.

Jeszcze tego samego dnia wykonałem – na prośbę córki Oliwii – drugie podejście do „Viridian”. Pozwoliło mi ono już zupełnie na spokojnie ogarnąć zawartość krążka i wysunąć już rzeczowe, konkretne, pierwsze spostrzeżenia i wnioski (jakież było moje zdziwienie, że córcia w 100% zgadzała się z moimi odczuciami!!). Już wiedziałem, że cztery kompozycje to prawdziwe perły, które już dziś można zaliczyć do closterkellerowej klasyki. Takie numery nie rodzą się ot tak... na co dzień. Ale z pozostałymi kawałkami już tak dobrze nie było, wyczuwałem jednoznacznie, że będę miał z nimi spory problem. Czekała mnie długa przeprawa, mozolna, wyniszczająca emocjonalnie walka (dziwnie brzmi, ale wszystko wyjdzie w praniu, w dalszym rozważaniu). Momentalnie przypomniałem sobie trzy, niemal identyczne sytuacje sprzed lat, z dość odległej już przeszłości. Dokładnie ten sam problem pojawił się w moim „fanowskim” życiu przynajmniej trzykrotnie... Za pierwszym razem istny szok przeżyłem, próbując oswoić i ogarnąć „Load” Metalliki, w 1996 roku. Później przyszło siłowanie z „The Glorious Burden” Iced Earth (2004), zaś rok później długo nie potrafiłem przekonać się do „This Godless Endeavor” Nevermore (2005). Wszystkie te wymienione płyty łączyło jedno: nagrały je zespoły ze ścisłego, wąskiego grona mych ULUBIONYCH. Wszystkie kosztowały mnie wiele nerwów, sił, energii i cierpliwości, zanim je należycie ogarnąłem. W dwóch przypadkach walka zakończyła się pomyślnie, polubiłem te krążki, jeden nawet bardzo. W jednym – niestety poległem, do dziś nie potrafię słuchać i nie mam na półce na oryginalnym nośniku. Jaki los czeka „Viridian”?

Na płytę trafiły nie tylko premierowe nagrania, ale też kilka starszych. I od tych ostatnich zacznę swoje rozważania. Zanim jednak to uczynię, muszę przyznać się do jednej kwestii. Otóż nie potrafię odciąć się od tego, co Closter pozostawił (a raczej fani zarejestrowali) po jesiennej trasie z 2014 roku... mam tu na uwadze epizod i bytność w zespole Zuzy i to, co wspólnie z ekipą Anji udało jej się dokonać. Tak, chodzi mi tutaj o te cztery prawie nowe (trzy nowe i jedną na nowo zaaranżowaną) kompozycje, które wprawdzie w wersjach „live”, ale jednak mocno zapadły mi w pamięć... ba, aż wryły się w umysł i chyba pozostaną w takiej właśnie postaci na zawsze. Nie dałem rady zresetować się... i od porównań nie ucieknę. Za bardzo jestem skażony „czerniejącą magmą”, jaka wypłynęła w 2014 roku, kiedy Zuza była w zespole...

Odkurzony, bodajże z 2006 roku „To albo to”, o umiejętności dokonywania wyborów, wolny, klimatyczny, mroczny z ładnym klawiszowym motywem powalał w wersji „live 2014” potęgą iście metalowych riffów Zuzy i urzekał stylową gitarą w tle. Na „Viridian” to mocne riffowanie wydaje się oszczędniejsze, wygładzone, bardziej zwarte, nie tak cięte, szarpane i brudne. Na pewno na płycie Anja mocniej wyakcentowała (czytaj: aż wydarła się, wykrzyczała) samą w sobie i tak już mocarną końcówkę (znakomite metalowe gitary)... I wyszło w sumie w porządku, choć mnie osobiście te wrzaski nieco rażą, za to wspaniałe, dorzucone w pierwszej części jako drugie głosy, złowrogie szepty dodały kolorytu kompozycji. Ogólnie ten mroczny utwór nic nie stracił na sile (choć został nieco pozbawiony czarnej barwy i pazura), nie zmienił jakoś drastycznie swojego wydźwięku i - mimo wszystko - klimatu. Stanowi mocny punkt programu płyty. Dynamiczny w swym pierwotnym wcieleniu „Król jest nagi” nie zmieścił się na płytę „Aurum” z 2009 roku, poza tym nie pasował do konceptu „Bordeaux” (2011). Jednakże Anja nie zapomniała o nim, postanowiła go zarejestrować i umieścić na nowym albumie. I chyba dobrze, gdyż mamy do czynienia z mrocznym, ostrym, opartym na bardzo mocnym, posępnym, metalowym riffowaniu, zbliżonym do patentów, na jakich skonstruowano „Nocarza” kawałek, bardzo energiczny, świetny, z bardzo ciekawym, lekko „histerycznym” (urokliwym) wokalem Anji i ciężkimi gitarowymi smaczkami-pasażami w tle. Taki przynajmniej był w wersjach z koncertów z 2010 roku. Na „Viridian” wypadł nieco mniej drapieżnie, gdyż został odchudzony z ciężaru, ale przynajmniej nie odarty z mroku... Po prostu w zwrotkach gitara jakoś się zatraca, nie słychać jej. Za to pojawiają się ozdobniki wokalne w postaci dziwnych, chóralnie śpiewanych partii w refrenach... do tego trzeba dodać, że nagranie brzmi nader nowocześnie. Podziw budzi jego końcówka, w której Anja bardzo dużo i długo śpiewa na... niemal bezdechu (aż tyle tekstu!). A utwór ogólnie daje radę, taki w sumie przyzwoity, choć szału nie ma... a szkoda, bo potencjałem i energią rozsadza. I potem, bezpośrednio po „Królu”, następuje najmniej przyjemny dla niżej podpisanego fragment płyty... Nie będę ukrywał – najbardziej mnie rozczarowujący. „Marcja” straciła chyba najbardziej w nowej... albo powiedzmy inaczej – w płytowej wersji. Nieco spowolniona w odniesieniu do wykonów na żywo została zupełnie odarta z emocji. Jej urok polegał na fantastycznym połączeniu (nałożeniu na siebie) klawiszowego motywu i współgrającej z nim partii gitarowej. Całość tworzyła niesamowity klimat! Gdzie zapodziało się to soczyste otwarcie, jak też stylowe partie gitarowe w zwrotkach? Najwyraźniej usunięto z utworu to, co było pomysłem / wkładem Zuzanny Jaśkowiak. W efekcie numer stracił na sile i atrakcyjności, został ogołocony z mocy gitary (Zuzy), bo Michał Jarominek zagrał go mniej wyraziście, choć samą końcówkę dociążył należycie. Czy tylko mnie się wydaje, że w pewnym momencie Anja zafałszowała? (te przesadnie niskie wokale) Mój dotychczasowy faworyt, „Pokój tylko mój”, prezentuje się już lepiej. Wprawdzie – w odniesieniu do koncertowych wykonań z 2014 roku – został wyraźnie umelodyjniony, jednak nie stracił swego pierwotnego charakteru. Uwagę przykuwa w nim lekko zacinający gitarowy riff w zwrotkach, któremu trochę zabrakło brudu (Zuza jednak miała ten power w ręce). Dochodzi jeszcze nieco za bardzo ugrzeczniony refren. Szkoda też, że w kulminacyjnym momencie utworu, kiedy Anka śpiewa czarująco:

Grafitowy i tylko mój
Pokój, w którym nie muszę czuć
Pokój, w którym nie muszę żyć
I nic, nic już nie muszę
Słabość siłą, słabość mą tarczą
Już mnie nie ma, lecz było warto
Po raz drugi mnie nie zabijesz
Nie zrobisz nic.


...pojawia się zubożona, zmieniona – w porównaniu z okresem bytności Zuzy w składzie - solówka. Zuzanna potrafiła wyciosać naprawdę uduchowioną, fantastyczną partię (i utrzymała ją „na wierzchu” przez 2,5 minuty!). A solo Michała zostało za bardzo schowane, przez co utwór stracił trochę na wyrazistości. Został nieco „rozjaśniony”, więcej w nim przestrzeni. Nieładnie... ale... stop! Komentarza w kierunku zespołu nie będzie, obiecałem przecież.

Być może w swoim wywodzie narażę się na zarzut, że przecież na żywo generalnie większość utworów wypada ostrzej... To prawda, ale nie zmienia to postaci rzeczy, że Zuza potrafiła odcisnąć na kawałkach swoje piętno, jednak miała metalowe zacięcie i power. Michał zaś nie przebił się ze swoją gitarą... Wracając do „Pokoju”, gdy chodzi o warstwę liryczną, Anja napisała tekst o sobie... jako ofierze przemocy domowej, przemocy psychicznej... Tak czy inaczej, „Pokój tylko mój” to powinna być perła, a wyszedł tylko niezły numer. Podczas trasy Abracadabra Gothic Tour 2014 Closterkeller grał bardzo interesujący, wciągający utwór instrumentalny. Trzy lata później Anja z chłopakami zarejestrowała na bazie tegoż kompozycję „Nocne polowanie”, w której do znanej już warstwy muzycznej dodano tekst i wokale. Kompozycja niczym szczególnym się nie wyróżnia, ot oparta została na ładnej melodii i dla kontrastu wzbogacona o mocniejszy fragment. Trochę frywolny, luzacki tekst średnio tu pasuje, ale... Anja wie lepiej. Iszacunek. Nagranie zatraciło swój pierwotny, bardzo refleksyjny charakter, ale nabrało za to miłego, bardziej piosenkowego w sumie wydźwięku i bardziej jasnego odcienia zieleni. Gdzieś zaginęła świetna solówka, która pojawiała się w wykonaniu „live” Zuzy. Wychodzi zatem na to, że moje wstępne – przedodsłuchowe – obawy potwierdziły się i utwory, które ujrzały światło dzienne w 2014 roku straciły swój pierwotny pazur i smak... Chociaż nie wszystkie, gdyż „To albo to” w studyjnej szacie dobrze się prezentuje.

Pora na krótki przegląd nowszych, acz prezentowanych już w tym roku na wiosennej trasie utworów... Zyskała na pewno bardziej swobodnie zagrana „Kolorowa Magdalena”, tutaj dociążona nieznacznie ciekawą, niewymuszoną gitarą w tle i zaskakującymi partiami klawiszy, takimi wręcz przywodzącymi na myśl akordeonowe dźwięki. Nagranie rozkręca się i nabiera coraz fajniejszych barw. Szkoda trochę, że nie udaje się przebić gitarze Michała. Poza tym – zaskoczenie in plus!
Nieźle prezentuje się też stylizowany nieco na nowofalową modłę, niespokojny, dynamiczny, szybki i przebojowy jednocześnie „Matka Ojczyzna” ze żwawymi klawiszami. W końcu zaszalał Rollo! I ten wykorzystany – znany z dawnego hitu - wers: „Asa zabija król”. W stylowym zwolnieniu Anka deklamuje kolejne wersy tekstu... bardzo patriotycznego zresztą:

Tu Matka Ojczyzna właśnie,
Moje korzenie, gniazdo co wydało mnie
Ta ziemia woła, woła, woła zawsze
Tu moje serce jest
…Polska…


I to jakże delikatne, ale też bardzo stylowe solo Jarominka ładnie ożywia tę trochę zimną, acz bardzo energetyczną kompozycję.

Na sam koniec pozostawiłem sobie cztery prawdziwe perełki... Jedną znałem już z koncertowych wykonań. Mam tu na uwadze prześliczną „Studnię tajemnic”, przejmującą, niespiesznie i dostojnie kroczącą, wciągającą klimatem. Kompozycję, która mogłaby się znaleźć na „Aurum” i tam też świeciłaby pełnym blaskiem. Wiedzie ją cudowna gitara „Jaro”, zaś języczkiem u wagi pozostają fantastyczne wokalizy Anji (wysokie, momentami niemal operowe, wspaniale wyciągane), która od początku swym śpiewem oznajmia:

Nazywasz mnie bajką, nierealnym snem
Wiarą, Niewiarą… Nie zatrzymuj mnie
Wybiegnę, pobiegnę, dobiegnę aż na skraj
By rzucać kamienie do studni bez dna.


W końcu pojawia się ładna partia gitarowa w tle (to długo wyczekiwane przeze mnie, wyraziste „closterkellerowanie”), całość zaś wieńczy dobre solo. Bardzo mocny punt albumu... najładniejszy w sumie numer.

I pozostały mi do omówienia trzy, absolutnie premierowe, nigdy przed wydaniem krążka niezagrane utwory... ZDECYDOWANIE NAJLEPSZE na płycie. Wspaniałe, rozbudowane, monumentalne... gotyckie, magiczne... Closterkeller, jaki uwielbiam, jaki kocham bezgranicznie. Jak dla mnie płyta Clostera mogłaby się składać wyłącznie z takich nagrań...

Prawie tytułowa „Viridiana” otwiera album... i momentalnie owiewa swym mrokiem, wyłaniającym się z głębin oceanu... Anka zabiera nas w bajkowe rejony, w świat syren i utraconych marzeń... Pasuje mi taka tematyka.

Przeszłość to mrok, głęboki loch wypełniony echami
By zabić ją marzymy i zapominamy
Co mogło być odchodzi w cień,
gdy Viridiana tonie
Nie uwierzyłeś w bajkę więc gaśnie śpiew


Początkowo stonowany numer, tajemniczy, z przepięknymi wokalizami (bez słów, to ten syreni śpiew?) w długim, natchnionym wstępie, oparty na niespokojnych, ale oszczędnych klawiszach (super elegancki, niewyszukany, prosty, przepiękny motyw) z dodatkiem mocarnego riffowania bardzo ładnie rozwija się, nabierając coraz to bardziej wyrazistych odcieni zieleni :) W podniosłym refrenie (z linią melodyczną zapożyczoną z „Serca”)... Anja śpiewa tak...

Co być mogło w oceanie znika
Mogłeś poddać się jej pieśni
Teraz zawsze ją będziesz słyszał
Wody zieleń tajemnicę zna
Gdy syreny głos umiera
Gdy jej ciało dotyka dna


W drugiej części kawałka możemy delektować się znakomitymi dwugłosami sopranowymi Anki, dochodzi bardzo ładna stylowa, delikatna, klasycznie closterkellerowa gitara, zaś w tle słyszymy skrzypce, które wspaniale wzbogacają to w przeważającej mierze zimne, lekko grafitowe nagranie. Prawie metalowa końcówka należy już do mocniejszych gitar.

Jako szósty na longplayu pojawia się... „Inkluzja”, istny, duszny, prawie metalowy potwór! Klimatem zabija... nic dziwnego, skoro chwilami mocno wzorowany na „Kręgach Czerwonych” (ach te dzwony!) z poprzedniego krążka. Mamy w nim samo zło... nie, nie, żartuję, ale rzeczywiście wyszedł grupie taki mroczny, ciężki kawałek, zawierający świetne, zróżnicowane partie wokalne, od upiornych szeptów, po niezwykle delikatne, a w końcu bardzo podniosłe... Powala zwłaszcza fantastycznie zaśpiewany refren...

Wiruj w kręgu płomieni
Wyrzuć lęk i cierpienie
Wypuść za krwi strumieniem
Wyzwól poprzez ból


Closterkellerowa MOC i POTĘGA. Lawa wypłynęła z krateru, w powietrzu unosi się woń siarki. I w końcu więcej dzieje się w kwestiach gitarowych, gdyż - poza delikatnymi - pojawiają się mocarne akordy, jak też dobry, soczysty riff, zaś w tle przebijają się iście paradajsowe motywy. Podoba mi się świetnie budowane napięcie w tym takim gotycko - metalowym nagraniu, dryfującemu niespodziewanie w bardziej filmowe rejony, a to, co dostajemy w jego finale to prawdziwe mistrzostwo świata... mam tu na uwadze te łacińskie chorały, z których wyłania się taki oto tekst:

SANGUINARIE PUER
O, QUO NUNC VIS CURRERE
SANGUINEE ANGELE
VOLA NUNC ALTIUS!

(Krwawy chłopcze, dokądże teraz biegniesz? Krwawy aniele, leć coraz wyżej!)
Czyżby Anja napisała tekst o Tomaszu Beksińskim?

Tradycyjnie – chciałbym powiedzieć, ale tak nie mogę, gdyż sam zespół parokrotnie złamał tę ustanowioną na „Violet”, a kontynuowaną aż do „Nero” tradycję wieńczenia płyty gotyckimi „dołami” – w finale pojawia się wspaniała, złożona kompozycja, „Strefa ciszy”. Prowadzi ją przepiękny, niespokojny, przewijający się przez utwór motyw gitarowy (cóż za śliczne solo! i dlaczego tak mało takowych na płycie?). Zaskakują dość niskie, za to nadzwyczaj przejmujące, emocjonalne, nieco grafitowe (tak, zdecydowanie, tylko nie tak „nosowe”, jak w 1999 roku) wokale Anki. O czymże to tak zajmująco śpiewa nasza Królowa?

Złotem Cię maluję
Gdy w niebo ulatujesz
Są słowa które może nie powinny paść
Blisko, szeptem tkane marzenie
By swą samotność złożyć mi w ofierze
Teraz w ogień biegnę, w zatracenie


Ten powolny, nostalgiczny (do czasu) numer po prostu wspaniale płynie (jakieś głosy, szepty, deklamacja w tle)... do fantastycznego, w pełni wybrzmiewającego refrenu, podczas słuchania którego przechodzą nas ciarki (stąd zapewne roboczy tytuł tegoż cudeńka: „Ciary”). Anka wyznaje, że...

Strefa ciszy pomiędzy nami
Czarna perła zatopiona w aksamitnej fali
Strefa ciszy, zamknięte drzwi
Czarna perła na dnie mej duszy śpi

Wokalnie też mamy istną ucztę, pojawiają się najpierw takie bardziej niespokojne partie, a w finale zdecydowanie mocniejsze... ocierające się prawie o krzyk (czyżby magma zastygała?)... nic dziwnego, gdy spojrzymy na to, o czym Ania śpiewa...

Z ognia w ogień skaczę, płonie mój świat
Ogniem ogień zwalczę by spalić czas
Obojętność by zachować w rozpaczy
Z ognia w ogień biegnę, z klifu skaczę.

Dochodzi wspaniała solówka (cóż za rewelacyjny motyw!) i nieco deklamowanych wersów. Genialny, gotycki numer o straconych relacjach na zakończenie płyty.

Pora na „małe” podsumowanie. „Viridian” to dziesiąty studyjny, a pierwszy w nowym, odmłodzonym składzie zespołu album, który prawdopodobnie będzie dla Closterkellera nowym otwarciem. W studiu zadebiutował m.in. syn Anji Orthodox, perkusista Adam Najman. Obok duetu rodzinnego, formację obecnie tworzą: klawiszowiec Michał Rollinger, basista Aleksander Gruszka, oraz nowy, młody gitarzysta Michał Jarominek. Anja Orthodox tak opisała zawartość krążka: To kolejna kolorowa płyta, tym razem w zieleni, kolorze życia i nadziei. Część utworów na „Viridian” jest uporządkowaniem przeszłości, a część zupełnie nowych, powstałych już w tym odmłodzonym składzie i te są moim zdaniem najlepsze, co mnie bardzo cieszy. Przez to płyta jest szalenie zróżnicowana muzycznie od utworów miękkich do mocno rockowych. Rzeczywiście, „Viridian” zawiera urozmaicony materiał, a tych łagodniejszych kompozycji na szczęście zbyt wielu nie oferuje. I całościowo broni się... nie czuć większych dysonansów pomiędzy nowymi a starszymi kompozycjami. Adam Toczko wyciosał zespołowi naprawdę fajne, przejrzyste, przestrzenne, potężne brzmienie... co nie jest bez znaczenia. Po raz pierwszy oddałam produkcję w czyjeś ręce - chłopaków i naszego realizatora Adama – wyznała Anja Orthodox. To jest wielki eksperyment, ale w końcu bez takich rzeczy nie ma postępu... Na płytę nie trafił ostatecznie nagrany podczas sesji, a prezentowany na wiosennej trasie utwór „Marzonka”. Najwidoczniej liderka zespołu uznała (i słusznie), że za bardzo odbiega on stylistycznie od reszty kompozycji.

Z każdym kolejnym przesłuchaniem ten album zyskuje. Po pierwszym – czułem zawód, bo mocno rozminąłem się z oczekiwaniami wobec kształtu i brzmienia tych znanych już wcześniej utworów. Drugi odsłuch już mnie uspokoił i zaciekawił... następne zaś powoli pozwoliły odkrywać całą pełnię barw zawartego materiału.

Najważniejsza rzecz, na którą zwróciłem uwagę to... zmiana w budowaniu klimatu poszczególnych kompozycji... Dotąd wyróżnikiem stylu zespołu pozostawały mniej lub bardziej wirtuozerskie, przewijające się przez cały utwór pasaże gitarowe Pieczyńskiego bądź Kumali, czasem wyciągnięte zupełnie do przodu, innym razem cofnięte do pokładu-tła. Nawet lekko schowane partie „Freddiego” Mentela na „Nero” pozostawiały to poczucie, że tak gra tylko ten jeden zespół... A na „Viridian” w większości utworów tych wyrazistych, wiodących (przewodnich?) gitar za wiele nie ma, pojawiają się ledwie w kilku (najlepszych!) kompozycjach... Może następnym razem „Jaro” dostanie więcej miejsca i wykaże się swym muzycznym kunsztem? Bo, że ma talent i potencjał to słychać w takich nagraniach, jak „Viridiana”, „Studnia tajemnic”, czy „Strefa ciszy”. Także klawisze Rollingera nie wychodzą na pierwszy plan, a jak już się pojawiają – spełniają raczej rolę ozdobników, czy też delikatnych motywów. Mocno oszczędna gra Michała stanowi dla mnie kolejne zaskoczenie. No niestety, trochę szkoda takiego obrotu sprawy... Ale mimo to, płyta jako całość sprawia wrażenie dość spójnej i... intrygującej. Także dzięki grze pozostałych muzyków. Duży plus należy się zwłaszcza Olkowi za jego bardzo wyrazisty, robiący te całe „doły” bas, który może nie wychodzi na pierwszy plan, ale należycie dociąża większość kompozycji. Adaś pewnie wykazałby się bardziej w innym zespole, gdzie miałby pole do popisu, w Closterze zaś trzyma rytm... i czyni to należycie. A Anja? Niechaj sama się wypowie... Głos mi chodzi znakomicie, jeszcze nigdy tak sprawnie nie poradziłam sobie w studio, aż jestem zdziwiona. I trudno się nie zgodzić. Anka wciąż znajduje się w wybornej formie, zarówno wokalnej, jak i pisarskiej, gdyż jej poetyckie teksty (niektóre łatwe w interpretacji, inne mniej oczywiste, zakręcone wręcz) to znów wyższa szkołą jazdy. Szacunek proszę Pani! Nie zamierzam zanadto słodzić liderce zespołu, ale... o jednej rzeczy wspomnieć muszę. Ms Orthodox kolejny raz bowiem błysnęła nie tylko głosowo, czy lirycznie, ale głównie w zgrabnym połączeniu obu wspomnianych walorów, idealnie wpasowując się ze swymi niebanalnymi, a czasem po prostu skomplikowanymi wokalizami w linię melodyczną. A przecież Anja nie śpiewa prostych zwrotek i refrenów, a strasznie fajnie kombinuje z poszczególnymi wersami tekstu, znajdując swoje ścieżki prowadzenia wokalu...

Album charakteryzuje taki niespokojny, zimny klimat... jest mrok, jest ciężar... jest próba podążania za „Nero”? No, może zbyt daleki to wniosek, ale coś jednak pozostaje na rzeczy, gdyż płyta z całą pewnością do lekkich nie należy... wręcz przeciwnie – obok wspomnianej „Czerni” i „Scarlet” to chyba jednak najcięższy w dorobku zespołu materiał, w którym wyczuwam nieśmiało dwie inspiracje – Killing Joke i Paradise Lost!

To jaka w końcu jest ta płyta? Intrygująca... wciągająca, co widać po długości niniejszego tekstu. Na pewno też zaskakująca i nieoczywista. I spójna, wbrew pozorom... gdyż zawierająca w gruncie rzeczy mocne, rockowe (chwilami gotyckie, czasem metalowe) fragmenty, czy całe utwory, spośród których od ogółu nieznacznie odbiegają tylko dwa: lżejsza (ale wcale nie przesłodzona) „Kolorowa Magdalena” oraz nazbyt piękna, jak na ciemną barwę większości, ale wspaniała „Studnia tajemnic”. Pojawiają się za to dłuższe, rozbudowane, albo inaczej, bardzo fajne, stopniowo budowane nagrania, niebanalne, nieprzewidywalne, zaskakujące co rusz jakimiś nietypowymi wstawkami, czy smaczkami... to taki Closterkeller, który najbardziej sobie cenię i lubię, który kocham bezgraniczną miłością... Nie jest to dzieło doskonałe, ale chyba nie taki był zamiar samych muzyków... Mnie osobiście zabrakło trochę dociążenia „Marcji”, „Pokoju” oraz „Króla” (co jest nagi)... oczekiwałem po nich większego wykopu, większej werwy... tak, by moje metalowe serce w pełni się radowało. Za to moja gotycka (wrażliwa) dusza została całkowicie ukojona dźwiękami przepięknych, mocnych „Viridiana”, „Inkluzja”, „Studnia tajemnic” i „Strefa ciszy”. To chyba najlepsze słowa, w pełni oddające to wszystko, co przygotował nam podczas letniej sesji 2017 roku Closterkeller. Dali radę... ale nie powiem... początkowo podczas obcowania z tym materiałem bolało!

Gorąco zachęcam do lektury wspaniałych, niesamowitych tekstów Anji. Próba ich zrozumienia, zinterpretowania może sprawić naprawdę wiele satysfakcji. Wiem, gdyż takową lekcję wraz z moją 15-letnią córką Oliwką podjęliśmy. Niepodrabialny styl liryków Anki w połączeniu z przejmującą muzyką, jaka płynie z większości zamieszczonych utworów sprawiają, że „Viridian” zaczynam postrzegać pomału jako dzieło... magiczne!

Quo vadis Closterkeller?

Czy będzie to kierunek, wyznaczony przez trzy najnowsze, absolutnie premierowe nagrania: „Viridiana”, „Inkluzja” i „Strefa ciszy”? Jak mi powiedział Adam Najman... marzy mu się album podążający w klimaty Paradise Lost (z okresu „Icon” - „One second” oraz „In Requiem”). Cokolwiek to nie będzie, w którąkolwiek stronę muzyka Clostera nie podryfuje... zawsze będę czekał na nią z utęsknieniem... bo muzyki Closterkellera się nie słucha, ją się przeżywa...


Tomasz Woźniak


CLOSTERKELLER @ FACEBOOK

CLOSTERKELLER na stronie METAL MUNDUS:
Recenzje:
- "Blue" - recenzja - link
- "Viridian" - recenzja - link
- "ReScarlet" - recenzja - link
- "Act III - Live 2003" - recenzja - link

**********
Relacje z koncertów:
- 01.10.2017 - Czarny Spichrz/ Włocławek - relacja z koncertu - link
- 07.05.2017 – Lizard King/ Toruń - relacja z koncertu - link
- 13.04.2017 – Estrada/ Bydgoszcz - relacja z koncertu - link

**********
Wywiady:
- Michał "Jaro" Jarominek - wywiad - link
- Olek Gruszka - wywiad w magazynie Metal Up! nr 1 - link

**********
Artykuły:
- "Czerniejąca magma" - artykuł - link

**********
Zdjęcia CLOSTERKELLER w galerii METAL MUNDUS:
- koncert: 07.05.2017 – Lizard King/ Toruń - link
- koncert: 13.04.2017 – Estrada/ Bydgoszcz - link
Komentarze
Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się , żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
 

METAL MUNDUS NA FACEBOOKU


























** NORTHERN PLAGUE **
- Scorn The Idle


** GJELDRUNE **
- Prawdu za porog


** PATHOLOGY **
- Pathology


** DARK FOREST
- Land Of The Evening Star

** FOUCALT
- Lost People

** GRIFFAR
- Monastery

** RIVER OF TIME
- Revival

** BRUTAL VISION
- Volume 3

** LUCIDREAMS
- Ballox

** ZARAZA
- Spasms of Rebirth

** DEATH ANGEL
- Killing Season

** CLOSTERKELLER
- Blue

** MORPHOSYS
- The Saw Is Family

** PARADISE LOST
- Medusa

** BESATT **
- Tempus Apocalypsis

** CLOSTERKELLER
- Viridian

** ORDEN OGAN
- Gunmen


więcej recenzji
***** MARTYRDOOM *****


********* GRIN *********


** WATCH OUT STAMPEDE **


*** CLOSTERKELLER
*** AMORPHIS
*** KOIOS
*** WHORION

więcej wywiadów
*** HELLOWEEN Pumpkin United
- Tipsport Arena/ Praga, Czechy


*** MAYHEM
+ Asphyx
+ In Twilight's Embrace
+ Deus Mortem
+ Centurion
+ Thunderwar
- Progresja/ Warszawa


*** GRAND MAGUS
+ Evil Invaders
+ Elm Street
- Kwadrat/ Kraków


*** SATYRICON
+ Suicidal Angels
+ Fight The Fight
- Progresja/ Warszawa


*** ARCH ENEMY
+ Jinjer
- Progresja/ Warszawa


*** AIR RAID
+ Savager
+ Stormer
- U Bazyla/ Poznań

*** CLOSTERKELLER
+ Pampeluna
- Czarny Spichrz/ Włocławek

*** SUMMER DYING LOUD
+ Sodom
+ Unleashed
+ Wolfheart
+ i inni
- Aleksandrów Łódzki

*** ROCK & ROSE FESTIVAL
+ Kat & Roman Kostrzewski
+ Alastor
+ Dragon
+ Gomor
- Kutno


*** HEADBANGERS OPEN AIR
- Brande/ Niemcy


*** HAMMERFALL
+ Gloryhammer
+ Lancer
- Progresja/ Warszawa


więcej relacji
*** Hellbent For Cooking. The Heavy Metal Cookbook


*** Biografia Led Zeppelin. Kidy giganci chodzili po Ziemi


*** Ozzy bez cenzury



więcej recenzji
ARTYKUŁY
*** Czerniejąca Magma
- słów kilka o niezrealizowanym albumie Closterkellera


Top Top  25,933,553 unikalne wizyty  Top Top