
1.Independent Harmony
2.Wake Me Up
3.Glass Face
4.Not For Play
5.Jin & Jang
6.Don’t Ask Me
7.Intruder
SKŁAD:
Sławek Wierny (Wokal)
Mariusz Prętkiewicz (Perkusja)
Maciej Foryta (Bas)
Leszek Trela (Gitara)
Robert Gajgier (Instr. Klawiszowe)
Ale granda! Metal Mundus zajmuje się głównie upowszechnianiem muzyki metalowej, choć naturalnie nie wyłącznie, o czym świadczy obecność na tych łamach niżej podpisanego. Czekałem cierpliwie parę tygodni na reckę najnowszego krążka śląskiego Division By Zero, przeglądałem strony MM i w miarę upływu czasu wykazywałem zdziwienie i zniecierpliwienie. Jak to możliwie, że spośród tylu współpracowników nie znalazł się nikt, kto zauważyłby to, dodajmy od razu, wybitne wydawnictwo. Nie wiem, gdzie leży przyczyna, nie wydaje mi się, że ten znakomity album umknął uwadze, bo małe miał na to szanse ze względu na rewelacyjny poziom w każdym zakresie, instrumentalnym, czysto technicznym, oferowanej dynamiki, urozmaiconej struktury, czystego piękna, świecących jak prawdziwe diamenty siedmiu kompozycji. Same ciepłe słowa, ale wcale nie rozdawane po „kumpelsku”, na zasadzie, o polscy rockmani, to wypada ich zauważyć i ciepło ocenić. Piątka facetów doskonale wiedzących, w którym miejscu znajduje się ich cel, jakie założenia artystyczne chcieli zrealizować, a wszystkie czynności wykonali po mistrzowsku. No cóż, jeżeli ktokolwiek kojarzy teksty Włodka K., ten pamięta, że ja poruszam się raczej w dziedzinie szeroko rozumianego rocka progresywnego, unikając jak ognia odmian metalowych, a głównie death, trash, black. Ale „raczej” nie oznacza „wyłącznie”, stąd chęć do przedstawienia najnowszej produkcji Division By Zero. Zresztą, gdyby ktoś usilnie próbował upchnąć album „Independent Harmony” w schowku na płyty ze stosownym napisem- definicją, to musiałby się zdrowo napocić, zakupić za jednym „zamachem” trzy krążki. Tylko wtedy miałby szansę objąć stylistycznie ogół cech rozpoznawczych dla tej płyty, gdyż znajdziemy na niej w odpowiednich proporcjach elementy progresywnego metalu, progrocka i na równych prawach z pozostałymi death metalowe odjazdy. Sądzę, że ta wielorodność, niechęć muzyków do zamykania się w jednej „skrzynce”, stanowi potężną siłę tych ponad 44 minut soczystego rocka. Obok growlu Sławka Wiernego, którym można śmiało „straszyć” małe dzieci, autor prezentuje tzw. czyste wokale, które barwą, fascynującym brzmieniem i zakodowaną w nich mocą okiełznaną, czarują w każdym występie. Ten szpagat technicznie wyszedł na olimpijskim poziomie, a nie powstydziłby się go nawet taki mistrz jak Leszek Blanik (osoby, u których słowo „sport” wywołuje niezdrowe reakcje alergiczne, informuję, że to jedyny Polak w historii gimnastyki sportowej, który zdobył złoty medal olimpijski i autoryzował układ nazwany od jego nazwiska „Blanikiem” wykonywany na zawodach rangi mistrzostw świata), a Sławek Wierny podchodzi do tego trudnego zadania jak do konsumpcji „czekoladki”, lekko, z przyjemnością, ze smakiem i świadomością celu. Jestem jednym z ostatnich typków, który zacierałby z radości ręce słysząc growl, ale są pewne wyjątki, przy słuchaniu których obiektywnie należy stwierdzić, że to klasa mistrzowska, stawiając w jednym szeregu Mikeala Akerfeldta, George „Corpsegrinder” Fishera czy właśnie Sławka Wiernego. Chłopak wywołuje zazdrość, gdy przekracza umowne granice, przechodząc z jednej techniki w inną, w obu przypadkach czyniąc to nienagannie. Ale głos wiodący Division By Zero byłby niczym bez wsparcia kolegów, z których każdy wnosi coś konstruktywnego do harmonii, brzmienia, łamańców rytmicznych i bardzo ważnego składnika sztuki kwintetu, klimatu. Muzycy poruszają się swobodnie po bliskich sobie terytoriach nie czyniąc rewolucji, ale jak to zwykle w takich przypadkach bywa, o jakości każdego projektu decydują szczegóły, kreujące rockową rzeczywistość na prezentowanym albumie. Genialne klawisze!!! Tak wiem, dla ortodoksów, nie mam pojęcia czy słusznie, ten instrument jest wyjęty spod prawa w metalowym świecie, gdyż najczęściej kojarzy się z łagodzeniem obyczajów, odchodzeniem od rozwiązań ekstremalnych. Myśląc w przypadku DBZ według takich kryteriów popełniamy niewybaczalny błąd, ponieważ instrumenty klawiszowe, to główny inspirator budowania nastroju, ale bez uciekania się do miękkości, zwiewności czy kreowania tęczowych pasaży. Robert Gajgier potrafi bez trudu dostosować swoje generowane dźwięki do przyjętej konwencji, a ta nakazuje drapieżność, intensywność, mrok i długimi chwilami agresywność. Klawisze dosyć często zajmują ze swoimi partiami miejsce na froncie sceny, ale ani razu nie następuje w związku z tym spadek mocy, dynamiki, przeciwnie napięcie rośnie jak w rasowym thrillerze, ciemność ogarnia słuchaczy wywołując ciarki podniecenia i oczekiwania na kolejny wybuch skondensowanej, zespołowej energii. Mówiąc „prosto z mostu”, gdy nadchodzi taka chwila, gdy trzeba „przywalić” po rejestratorach dźwięku odbiorcy, to wyzwalaczem nawałnicy stają się także keyboardy. Kto nie wierzy, niech posłucha. Już na wstępie w „Ignition” intrygujące, gęste klawisze, obiecują multum przeżyć, a słuchacz od początku siedzi jak „na szpilkach” czekając na moment eksplozji. A ile w tych 90 sekundach smaczków, od krótkich na mgnienie oka podmuchów pachnących orkiestrą, przez akcenty nowoczesnej klasyki fortepianowej, syntezatorowe pomruki, konstruujące od fundamentów klimat ponurego, zamkowego gmaszyska, w którym straszy od stuleci. Mnie chyba „pogięło”, gdyż słucham tego fragmentu wiele razy i zawsze chcę jeszcze, a do końca nie potrafię racjonalnie wyjaśnić, co tkwi w tym bajecznym intro, w teatrze jednego aktora. Godne jest także dzieło „dwójki wioślarskiej ze sternikiem”, czyli Leszka Treli wyciskającego „ostatnie poty” z gitary, Macieja Foryty z grzmiącym basem i Mariusza Prętkiewicza, który daje nieźle do wiwatu, wytyczając kierunek podążania rytmu. Cała piątka panów potrafi w ramach jednego utworu zdemolować potęgą brzmienia, by za chwilę ubrać się w szatki melancholii, tęsknoty, krążących w Kosmosie marzeń. Dobrane składniki są zawsze w dobrym guście i odpowiadają rozwojowi rockowych wypadków na tym albumie. Nie znałem do tej pory pierwszego pełnowymiarowego dysku Division By Zero, dlatego konfrontacja z pierwszymi taktami najnowszej publikacji wywołała coś na pograniczu szoku. Naczytałem się wcześniej na temat stylu formacji, a w definicjach przebijały się nader nader często terminy growl, death, metalowa „rzeźnia”, co okazało się sporo na wyrost. Okazuje się, że zespół nie zdradzając swoich metalowych ideałów, ma w swoich umiejętnościach nieprzeciętny potencjał, wyobraźnię, które pozwalają na logiczne poukładanie „dźwiękowych klocków”, których geneza niekoniecznie tkwi w metalicznych „zgrzytach”. Ten pierwszy krok na drodze do poznania wycinka ich twórczości zatytułowany Ignition” posiada niezwykle klimatyczny wizerunek, o który zadbały instrumenty klawiszowe. To jedyny tak jednorodny instrumentalnie numer na płycie. Cała parada kończy się spiralnie narastającą sekwencją orkiestracji i wstawkami fortepianu. Jest to jednocześnie łącznik z tytułowym utworem „Independent Harmony”, który po 30 sekundach wybucha metalowym pulsem. Ale jazda! Gitary przewalają się jak huragan, z wyciem i łamiącą każdą próbę oporu siłą, a bębny jak odpalane petardy wzbudzają fundament kompozycji. Także klawiatury dokładają swoje do dzieła zniszczenia. Wokal swobodnie przemieszcza się między czystym śpiewem a growlem, a muzycy „trzymają” wyrazistą linię melodyczną, lśniącą wspaniałością w gwiazdozbiorze Division By Zero. Granica 4:45 to face to face słuchacza ze skromnym, nostalgicznym fortepianem. Gdzieś „zawaliły” się te pokłady brzmieniowej agresji, umknęły salwy strun i perkusji. Czary! Po minucie wrócił dynamit, growling, sunące jak pancerne pojazdy, gitary. I tak już do końca, ciężkiego, powolnego i jednostajnego. W „Wake Me Up” witają nas dzwony, które po 30 sekundach zostają stłamszone kolejną zaprogramowaną nawałnicą. Gdzieś między kaskadami dźwięku przenika nieśmiało „plumkanie” fortepianu, a dokładnie w strefie 1:45 wypływa tak wspaniała melodia, że każdy odbiorca „wymięka”. Przejście w rejony wyrafinowanego rocka progresywnego, z czystym, znakomicie brzmiącym głosem. Po 40 sekundach następuje powrót death metalowych growli i instrumentalnej kanonady. I tak przemiennie, proporcjonalnie rozłożone akcenty progresji przeplatają się z ekstremalnymi „brudami” metalu. Mimo tych skrajnych patentów, wszystko brzmi jak sensownie ułożona mozaika, porywająco i dynamicznie. „Glass Face” zaczyna się od metodycznego bombardowania, a znalezienie miejsca w tym „deszczu” twardych i surowych jak stal tonów dla pojedynczych, ale wyraziście zaznaczających swoją obecność uderzeń w klawiaturę to prawdziwie mistrzostwo świata. Zestaw bębnów wymiata jak dobrze skonstruowana maszynka, przy pomocy gitar rozwala wszystko w „drobny mak”. Ta demonstracja siły trwa do 2:19, gdy niespodziewanie zespół funduje nam diametralny zwrot w stronę krainy rocka progresywnego, melodyjny i rajski wokalnie. W trakcie trwania utworu jeszcze kilkukrotnie dotykamy wspaniałych zwrotów akcji, wpływających pozytywnie na różnorodność prezentacji. Gdyby słuchacze poczuli zmęczenie skupianiem uwagi na zmianach rytmu, klimatu i wędrówek po stylistykach, w środku na ich duszę spływa wielgachny plaster miodu nazwany „Not For Play”. Urok, czar, powab. Wręcz utoniemy w delikatnych dźwiękach, przepięknej melodii i spokoju ducha. Ale jak ktoś myśli, że to jeden z wielu przykładów sztampowej balladki, to się grubo myli. W tych dwóch minutach tkwi magnetyczna moc przyciągania, obezwładniające siły, paraliżująca magia. Warto posłuchać tych ciepłych, kołyszących akordów, by się zachwycić ich wdziękiem i gracją. Następna kompozycja zachowuje się zgodnie ze swoim tytułem „Jin & Jang”, przeciwne sobie pierwiastki, które po połączeniu stworzyły Wszechświat. Jang to dzień, Jin noc. Taką konfrontację zaplanował kwintet Division By Zero, przenikając przez różne strefy, od brutalnych tonów rozdzierających duszę metalowca po pięknie i symetrycznie ułożone wersy progresji. Są w tym utworze fragmenty niezwykle drapieżne, z pazurami, a obok nich istnieją nutki tak delikatne, że wierzyć się nie chce w ich symbiozę. A jednak to prawda. „Don’t Ask Me”, progmetalowy, dosyć rozbudowany rozdział, z łamańcami instrumentalnymi, partiami solowymi, ponownie cudowną melodią. Znakomite linie wokalne. I nastrój fiesty, dynamizowany wejściami growlu i jazdą syntezatorów. Dziwne, ale gitary uspokajają raczej rytm, a w części środkowej około 5:55 wchodzi taka „solówa” basu, że czapka spada. Brawo, bravissimo! Kończący album „Intruder”, zachłanny, metalowy pocisk, który z zawrotną szybkością przetacza się przez nasz umysł. Jakby tego mało, wewnątrz jak zjawa unosi się przepiękna żeńska wokaliza. Biała Dama na korytarzu ponurego zamczyska. Ściany drżą, powietrze pulsuje, wieczny ruch cząsteczek, wyhamowany po 4:45, kiedy trudno cokolwiek zrozumieć, ponieważ elektryczne struny surfują po pięciolinii na jazz- rockowo. Przez moment, ale trudno tego akcentu nie zarejestrować. Keyboardy układają zwoje dźwiękowej kurtyny, a na niej sekcja i gitara szaleją w metalowym tańcu.
Po 44 minutach, tyle trwa ten album, czujemy się wykończeni, deszczem muzycznych bodźców, ich rozmaitością. Ale to takie pozytywne zmęczenie, satysfakcja, że dane nam było przeżyć tak wirtuozersko ułożony projekt. Nie znam poprzedniej opowieści Division By Zero, wiem jednak, że już ten krążek „Tyranny Of Therapy” ustawił granicę oczekiwań na niebotycznym poziomie, a jednocześnie wzbudził obawy, czy zespół potrafi im sprostać. Okazało się, że niepokoje stały się wyłącznie złudzeniem, gdyż poprzeczka wymagań powędrowała jeszcze wyżej. Co przyniosą następne miesiące, tego nie wie nikt, ja jednak jestem przekonany, że Division By Zero już obecnie stał się gwarantem bardzo wysokiego poziomu artystycznego. Dzieło „Independent Harmony” to dzieło wybitne, mus dla każdego fana dobrej muzyki rockowej, od wielbicieli bardzo mocnego brzmienia, instrumentalnej nawałnicy, aż po przyjaciół refleksji, wypracowanego kunsztu i malarskich pasaży.
9/ 10
Włodek K.
Dyskografia:
Code Of Soul (2004 EP, Self Released)
Out Of Body Experience (2005 EP, Self Released)
Tyranny Of Therapy (2007 Insanity Records)
Independent Harmony (2010 ProgTeam)
|