
1.Samadhi (1:27)
2.Resign To Surrender (6:19)
3.Unleashed (5:48)
4.Martyr Of The Free Word (5:03)
5.Our Destiny (6:00)
6.Kingdom Of Heaven (13:35)
7.The Price Of Freedom (1:14)
8.Burn To A Cinder (5:41)
9.Tides Of Time (5:34)
10.Deconstruct (4:14)
11.Semblance Of Liberty (5:42)
12.White Waters (4:44)
13.Design Your Universe (9:29)
SKŁAD:
Simone Simons (Wokal)
Mark Jansen (Gitara/ Wokal)
Isaac Delahaye (Gitara)
Yves Huts (Bas)
Coen Janssen (Instr. Klawiszowe)
Arien Van Weesenbeek (Perkusja)
Zachęcony dobrymi opiniami o najnowszym albumie holenderskiej kapeli Epica postanowiłem i ja spenetrować jego zawartość. Mimo że do wielbicieli metalowych nutek osobiście się nie zaliczam, lubię czasami, a ostatnio, coraz częściej posłuchać czegoś mocniejszego, skrojonego według dla mnie przejrzystej koncepcji, zagranego z głową, to znaczy nie po to, by ogłuszyć słuchacza. Dodatkowo lubię, gdy tego typu muzyka nosi posmak symfoniczności, chwilami bywa epicka i podniosła, no i nie brakuje jej godnych zapamiętania melodii. Fajnie, gdy wokale wykonuje urodziwa diva, z niebiańskim głosem, niekiedy klasycznie szkolonym, która potrafi zaśpiewać tak, że serce ściska. A gdy załączymy do tego metalowy power, solidne tąpnięcia dźwięku, rozdzierające ciszę riffy, wzniosłe chóry i skłonność do tworzenia wielowymiarowych, złożonych, przestrzennych kompozycji to można poczuć się jak w rajskim ogrodzie. Tego typu co wyżej opisane koncepcje wykorzystuje całkiem spore grono rockowych formacji, które postanowiły zadziwić umiejętnością połączenia symfoniki z ostrym rockowym feelingiem. Epica to nie jedyny „pieszczoch” symfoniczno- metalowych mediów. Obok, w jednym szeregu ustawiły się między innymi Nightwish, Within Temptation, Leaves’ Eyes czy Therion. Każdy z sympatyków MM wymieniłby na pewno jeszcze naście zespołów, mniej lub bardziej znanych, które w swoich utworach niekiedy odwołują się do muzyki klasycznej, bardzo trudnej i wyszukanej (wystarczy posłuchać i zobaczyć Theriona na CD „Miskolc Experience” z roku 2009). Także patent z zatrudnieniem wokalistki o operowym głosie to nic nowego. Ciekawe, ale mnie partie wokalne z sopranem lub mezzo sopranem, jak ma to miejsce w przypadku bandu Epica rozkładają swoim pięknem dosłownie „na łopatki”. Euforycznie podchodzę do tego nieokiełznanego żywiołu death metalu, gotyku albo doom metalu szarpiącego przestrzeń, z towarzyszeniem growlu faceta drącego się tak, jakby mu wyrywali kombinerkami poszczególne członki z anielskim, spokojnym, kojącym, czyściutkim jak górski kryształ głosem pięknej kobiety. Wszystko to, co próbują instrumentalnie zbrutalizować faceci „naprawia” dziewczyna, wprowadzając atmosferę raju. Tak dzieje się również z twórczością sekstetu Epica, w którym tą „Piękną” jest Simone Simons (choć w jej przypadku cudzysłów ze słowa „Piękna” można śmiało zlikwidować), a „Bestiami” pozostali długowłosi goście, obsługujący sekcję, wiosła elektryczne i klawisze. Epica uwielbia korzystać z orkiestrowych brzmień, nadających wielu fragmentom niesamowitej powagi, hymniczności, wznoszących duszę słuchacza na niebotyczne poziomy. Zespół proponuje nam odważny miks ostrego metalowego grania z „brutalnym” growlem, wspaniałych linii symfonicznych rodem z arystokratycznych sal koncertowych, urzekających ballad śniących się po nocach, utworów prostych, „grubo ciosanych”, wbijających swoją energetyczną siłą dosłownie w ziemię. Punkt kulminacyjny publikacji bandu stanowią przemyślane, rozbudowane, kompozycyjnie złożone, wielowymiarowe epopeje, w których mieszają się dynamicznie sekwencje najróżniejszych tonów, z wielu różnych skarbnic. Ten pomysł stanowi być może najważniejszy czynnik identyfikacyjny Epicy. Oczywiście można sobie postawić pytanie, co powoduje, że 75 minut muzyki rockowej na albumie „Design Your Universe”, skonstruowanej według przewidywalnego projektu, nie nudzi odbiorcy? Odpowiedź jest banalna, a stanowią ją proporcje między poszczególnymi rozdziałami wydawnictwa, ich sposób zestawienia, brak natrętnej powtarzalności, oszczędne korzystanie, wręcz rezygnacja z czerpania z wcześniej ogranych schematów, świeżość i żywiołowość, dynamicznie zmieniające się pasaże, mnóstwo przestrzeni i umiejętność balansowania między sferą zadziornych, agresywnych, metalowych tonów, rytmicznych fajerwerków, a subtelnością i delikatnością daną kobiecej naturze. Gdy między tymi dwoma światami iskrzy, a wojna dźwięków wydaje się zbliżać na krok, wkracza królowa, której barwa głosu łagodzi konflikty, zmusza zwaśnione strony do brzmieniowego kompromisu. Jednakże zwiastun tej wielowątkowej powieści, „literacko” skonstruowanej według najlepszych wzorów, na przykład z wyraźnie wyznaczonym punktem kulminacyjnym w postaci „Kingdom Of Heaven”, z jednoznacznie określonymi ramami brzmieniowymi, klimatycznymi, w których rolę klamry spinającej całość dzieła przyjęły na siebie „Samadhi” i tytułowy „Design Your Universe”, daleki jest stylistycznie od metalowego wizerunku. W zasadzie, gdyby przyjąć założenie, że słuchamy czegoś, o czym nie mamy „zielonego pojęcia”, to łatwo moglibyśmy wydać opinię, że ani chybi chodzi o orkiestrowy, bardzo poważny utwór, opracowany na orkiestrę z dominującą rolą zespołu instrumentów smyczkowych i potężnego chóru. Te zaledwie półtorej minuty brzmi jak hymn gloryfikujący Wagnera, albo Mahlera, czy innego kompozytora klasycznej sztuki symfonicznej. Te tylko 90 sekund robi piorunujące wrażenie skompensowaną mocą symfoników, potęgą brzmienia, wywołując szacunek i coś w rodzaju strachu przed nadciągającą nawałnicą. Urzeka linia melodyczna dyktowana przez smyki, rewelacyjna, przepięknie skomponowana, zachwycająca urodą. I nagle ten wieloosobowy zespół milknie przedłużając „agonię” swojej partii o 10 sekund w „Design To Surrender”, choć właśnie wtedy zaczynają się dziać rzeczy dziwaczne. Do akcji wkracza heavy metal, ostry jak cholera, growl „burczy” wykrzykiwane hasła, a partnerują mu ponownie chór i główna wokalistka Simone Simons. Znakomite zestawienie ostrych gitarowych pazurów, huraganowej sekcji, szybkiego jak wiatr riffowania, mocarnie „wtrącających” się w instrumentalne dialogi klawiszy. Co chwilę następuje break, po którym dowództwo przejmują naprzemiennie rockmani, symfonicy, heavy metal wymienia się „przy sterze” z epickim rockiem symfonicznym. Naprawdę wielowarstwowa kompozycja, o zgrabnie ustawionych proporcjach w sferze nastrojowości i „wojujących” instrumentalistów. Generalnie chciałbym podzielić utwory zawarte na albumie „Design Your Universe” na trzy kategorie. Do pierwszej zaliczyłbym ostre heavy metalowe tracki, z growlem, w którym mezzo sopran wokalistki występuje w funkcji „ozdobnej bombki choinkowej”, przytłoczony potęgą metalu (tracks 4,11 i z pewnymi zastrzeżeniami podyktowanymi zmiennością sytuacji 8). W drugim punkcie wymieniłbym kawałki, symfoniczne, uduchowione, z dodatkami motorycznych gitar, kłujących receptory słuchacza ostrymi pazurami, w których czar sztuki wokalnej wykazuje niesamowitą ekspansję, uszlachetniając globalnie brzmienie. Tych jest najwięcej, bo w tej „szufladzie” upchnąć można następujące „akapity”, 2,3,5,8,10. I wreszcie trzeci zakres, w których „meandrują” songi Epicy to numery relaksująco- balladowe, dla nabrania oddechu i zaprezentowania czarownych fluidów emitowanych przez głos „epickiej Damy”. Wśród nich wyróżnić należy zdecydowanie „dźwiękowe pieszczochy” 9 i 12. Oczywiście powyższy podział ma charakter czysto umowny, ponieważ w trakcie poszczególnych utworów permanentnie wtrącają się przybysze „z innych muzycznych planet” ubarwiając przekaz. W grupie numer jeden króluje wyłącznie potężnie reagująca sekcja, super dynamiczne, przesiąknięte nadmiarem energii elektryczne struny, tysiącem wolt ciskające snopy groźnych iskier. Nad całą okolicą panuje „hałas”, brak kompromisów, odrobina szaleństwa, brutalne riffy produkujące wespół z basem i perkusją prawdziwe dźwiękowe, twarde głazy. Zawrotne tempo, zwroty akcji, po których struny drżą, wariują jeszcze bardziej, a słuchacz czuje się jak po celnym ciosie maczugą w łeb. W drugim, najliczniejszym zakresie wytyczono kompozycyjne szlaki, przemierzane wspólnie i bez kolizji przez elektryczne „wiosła”, dumne klawiszowe tony i chóralno- solowe popisy wokalne. Mnóstwo bombastyczności, gotycko katedralnych nastrojów, rycerskości i powalającego patosu. I wreszcie trzecia klasa, taka kołysząca, sferyczna, tuląca spokojem. W tych momentach rządzi magia, a wokalistka Simone Simons w roli czarnoksiężnika dyryguje tym powolnym, leniwym, a jednocześnie przepięknym „spacerem z gwiazdami”. W tych fragmentach do zakochania, ze świecą szukać metalowych, rozbuchanych śladów, gitarowych uderzeń. Album zamyka konglomerat wymienionych kategorii, czyli trafne, inteligentne zestawienie wszystkich czynników, współdecydujących o globalnej sile i wymowie całej płyty. Przewijają się one sukcesywnie po płaszczyźnie kończącego wydawnictwo „Design Your Universe”, tworząc wiarygodny kosmos dźwięków.
Uważny czytelnik tego tekstu zauważył zapewne, że do tej pory nawet się nie zająknąłem na tematy najdłuższej kompozycji, suity Kingdom Of Heaven. Chcę ją „potraktować” oddzielnie, bo swoim stylem, strukturą, złożonością odstaje od innych pozycji publikacji. Ta suita wytycza multum progów w zakresie rytmu, nastroju, tempa, wpływów najróżniejszych stylów rocka. Te „wiązanki” tonów, wyrzucane przez głośniki odtwarzacza, wymagają od odbiorcy skupienia, chociażby w celu kontroli nad ich muzyczną odmiennością, harmoniami. Wstęp to zdecydowanie symfoniczny „marsz”, po 50 sekundach przerwany drastycznie i nieoczekiwanie trashowym uderzeniem gitar, growlowanie, dynamit sekcji rytmicznej. Następne cięcie to granica 2:05, gdzie wyraźnie zaznacza się panowanie operowego głosu „Pięknej” z towarzyszeniem keyboardów i męskiego chóru. Na krótko, 25 sekund, chyba tylko po to, by przypomnieć o symfoniczno- metalowej proweniencji, gdyż po kilkunastu głębszych oddechach miażdżący, stalowy czołg odzyskuje swoją przywódczą pozycję. Ten strategiczny manewr z wejściem symfoników powtarza się chwilę później, by definitywnie zostać „odepchniętym” heavy metalowymi gitarami i „ryczącym” męskim wokalem. Ta rywalizacja trwa do 5:10, potem obie partie prowadzą linię rytmiczną w koalicji, by po momencie rozejść się ponownie. Mgnienie oka przed 8 minutą wykonawcy dokonują radykalnego zwrotu. Na salony wkracza spowolnienie, akustyka, nostalgia i symfoniczna powaga. Groźne, burzowo- metalowe chmurzyska odpłynęły za horyzont, wyszło „słońce dźwięków” wysyłające ciepłe promienie w kształcie delikatnych fraz śpiewanych przez Simone, w tle subtelne wielogłosy, cudowny motyw melodyczny. W 10:20 kolejny zwrot jak w rasowym thrillerze, okupację sceny prowadzi „Zły” (czytaj gwałtowne riffy i brutalny wokal), ale tylko na jedną kwestię , po której pogoda wykazuje progresywno- symfoniczną stabilność, dopuszczając epizodycznie „boleśnie” kłujące przestrzeń gitary. Generalnie to one decydują o warstwie rytmicznej, bardzo rockowej, niekiedy „ciężarnej”, choć chyba dla przeciwwagi dodano ponownie uroczyste, paradne i pełne powagi linie wokalne. Świetna rzecz dla każdego fana od ekstremalnego metalowca po wyznawców symfonicznie „uszminkowanej” progresji. To tyle o kulminacyjnym long tracku.
Reasumując uczciwie należy zaznaczyć, że Epica stworzyła złożone wieloaspektowe dzieło, w którym, jak już wcześniej wspomniałem, każdy powinien znaleźć upominki, które go szczególnie ucieszą. Wiele razy pisałem, że nie zaliczam się do nadgorliwców „tarzających” się w metalicznie zgrzytliwych nutkach. Jednakże po kilkukrotnych spotkaniach z krążkiem „Design Your Universe” nie odrzuciło mnie ani razu, nie zanegowałem ani jednego elementu tej precyzyjnej układanki dźwięków. Więcej, spodobał mi się klucz wytworzony do poznania tego opasłego tomiska. Szczególnie proporcje między gwałtownością brzmienia, symfoniczno- progresywnymi poematami i liryzmem. Dużo wysiłku twórcy włożyli w pracę nad aranżacjami, oraz perfekcyjną jakością docierających do uszu dźwięków, a to przecież zasługa członków holenderskiej formacji Epica.
8/ 10
Włodek K.
DYSKOGRAFIA:
The Phantom Agony (2003 Transmission)
The Score (2005 Transmission)
Consign To Oblivion (2005 Transmission)
The Divine Conspiracy (2007 Nuclear Blast)
Design Your Universe (2009 Nuclear Blast)
|