
1.With Honor
2.Venom
3.Pain
4.Gold Dust
5.Strong
6.Digital Ghost
7.Haunted
SKŁAD:
Brian Ashland (Wokal/ Gitara)
Gary Wehrkamp (Gitara/ Bas/ Instr. Klawiszowe/ Wokal/ Perkusja)
Berndt Allman (Gitara/ Bas/ Instr. Klawiszowe/ Wokal)
Carl Cadden- James (Bas/ Wokal)
Goście:
Ralf Scheepers (Wokal/ Track “Strong”)
Clay Barton (Wokal/ Track “Venom”)
Srdjan Brankovic (Gitara/ Track “Strong)
Vivien Lalu (Instr. Klawiszowe/ Track “Gold Dust”)
Joe Nevolo (Perkusja/ Tracks “Venom” i “Gold Dust”)
Shadow Gallery to przybysze zza Oceanu. Pisząc o nich trudno nie wspomnieć o nieżyjącym już, charyzmatycznym wokaliście, który zmarł niespodziewanie na zawał serca w październiku 2008 roku. Mike Baker, bo o nim w tym miejscu mowa, decydował o charakterystyce kapeli, należał do grona jej założycieli, ale przede wszystkim dysponował znakomitym głosem, który na trwałe wpisał się w dzieło Amerykanów. Wydawało się, że po takim uderzeniu zespół potrzebuje czasu, by się ocknąć, podobnie jak bokser po ciężkim nokaucie. Nie tak łatwo znaleźć wartościowego zastępcę, mentalnie gotowego na trudne zadanie, przejęcia roli frontmana w zespole, w którym partie wokalne odgrywały od początku jego istnienia niebagatelną rolę. Obecnie, z perspektywy czasu, można śmiało powiedzieć, że udało się pozyskać właściwą osobę na właściwe miejsce. Więcej, ponownie wokalista stanowi o sile Shadow Gallery, wytycza ścieżki, którymi podążają wytrawni instrumentaliści. „Nowego”, czyli Briana Ashlanda słucha się z niewymuszoną przyjemnością, ponieważ potrafi zapanować nad słuchaczami swoimi pięknie brzmiącymi partiami wokalnymi, ponieważ czyni to w naturalny sposób, a jednocześnie bardzo emocjonalnie, ponieważ świetnie radzi sobie także we fragmentach wielogłosowych, wszelkiego rodzaju chórkach, tak charakterystycznych dla całokształtu twórczości Shadow Gallery. Z łatwością dostosowuje się do karkołomnych zmian tempa, do przełomów rytmicznych, do wyrafinowanych wędrówek po strefach różnorodnych nastrojów. Potrafi właściwie akcentować prog metalową surowość, twardość i dynamikę, a w licznych odcinkach „podrzuca” multum dowodów, że także takie słowa jak delikatność, namiętność, wysublimowanie i uczucia nie są mu w żadnym wypadku obce. Tyle na początek o nowicjuszu w składzie omawianego bandu. Amerykanie wystawili swoich fanów na długą próbę czasu, gdyż od publikacji ich ostatniego albumu „Room V” minęły ponad cztery długie lata. Ale po wysłuchaniu najnowszej produkcji można odetchnąć z ulgą i zdecydowanie powiedzieć, oczekiwanie opłaciło się! Kwartet zachował wszystkie swoje najlepsze cechy rozpoznawcze, które decydują o wielobarwności brzmieniowej ich rockowego przekazu. W pierwszej kolejności należy wspomnieć o złożoności kompozycyjnej utworów, które na kolejnych etapach swojego rozwoju radykalnie zmieniają wizerunek, przechodząc od ciężkiej metalowej techniki do podniosłych pasaży symfoniczności. W tych długich rozdziałach zawarto wszystkie najlepsze cechy gatunku i dodano do nich liczne indywidualne składniki stylu Shadow Gallery. Słuchacz obcuje z progresją i metalem dostojnym, chwilami potężnym, podkreślonym spadającymi z łoskotem kaskadami dźwięku. Między nimi „błąkają” się wyszukane spowolnienia rytmu oraz finezyjne partie solowe, cholernie emocjonalne i urozmaicone. Te emocje to swoisty znak rozpoznawczy, wyczuwalny dla odbiorcy, gdy aspekty techniczne gitarowych czy klawiszowych kwestii przesunięte zostają w „cień”, ustępując miejsca podniosłym tonom, wzruszającym, wywołującym poczucie nieracjonalnej dumy, zahaczającymi o epopeję. Trudno to racjonalnie wyjaśnić, ponieważ te piękne, sugestywne linie bazują na teatrze uczuć, w którym każda scena aż iskrzy od porywów serca, duchowych impulsów, nutek porywających w swojej urodzie i pewnej nieprzewidywalności. Obok tych pierwiastków trudno zapomnieć o melodiach. To fundament twórczości Shadow Gallery. Jest ich tyle, że wywołują zawrót głowy u słuchacza, prowadzone przez energiczne gitary lub „poważny” fortepian, bądź „smyczkowe” keyboardy. Riffy rozrywają wręcz strukturę niektórych fragmentów, są niesamowicie wyraziste, pozostają na długo w pamięci, demolując ład rytmiczny bez szkody dla całości koncepcji. Sukcesem zespołu jest też niewątpliwie łatwość przechodzenia przez różne strefy temp, klimatów, rytmu, szczegółów aranżacyjnych i pasaży instrumentalnych. Te przejścia, cięcia przyciągają permanentnie uwagę fana, wzbudzając „dziecięcą” ciekawość, na zasadzie, a co będzie za chwilę, czym zaskoczą nas muzycy w kolejnym akcie. Stąd ta mozaika tonów tworzy urodziwe konfiguracje pozwalające się zachwycać, konsumować, dając pole do popisu wyobraźni odbiorcy, wysyłając czytelne impulsy do interpretacji. Wszystko to w odpowiednich proporcjach, ułożone harmonijnie, logicznie, bez zbytnich ekstrawagancji, balansując między umiłowaniem detali brzmieniowych a zachowaniem układu specyficznego dla prog metalowej stylistyki.
Album „Digital Ghosts” zawiera siedem kompozycji, bardzo dobrych i znakomitych. W tej drugiej kategorii mieszczą się głównie „With Honor”, Digital Ghost” i „Haunted”, tak się przypadkowo (?) składa, że są to najdłuższe kawałki na płycie, w sumie prawie 30 minut niesamowicie skonstruowanej progresji. Nawet wtedy, gdyby ten krążek miał obejmować wyłącznie te trzy części, należy go posiadać i zachwycać się, zachwycać, aż do euforii. Może ktoś mi zarzucić zbyt egzaltowane tony, ale ta muzyka w pełni na te oceny zasługuje. „Otwieracz” „With Honor” nie pozostawia złudzeń, w czym muzycy czują się najlepiej, ponieważ już ta pierwsza kompozycja potrafi w pełnym wymiarze oddać mocne strony bandu, czyli zachwycające aranżacje, melodyjne pojedynki gitarowe, uderzające pięknem występy instrumentów klawiszowych, melodyjne, niekiedy melancholijne breaks, a całość uzupełniona wybitnymi wielogłosowymi partiami, przywołującymi w pamięci podobne rozwiązania z dorobku niezapomnianego Queen. Elegijne zabarwienie tego hymnu, rycerskość klimatu wzruszają, skracają oddech z dumy, że ponownie rock zasiadł na tronie sztuki muzycznej i to w jakim stylu. Już sam wstęp wskazuje, że mamy do czynienia z rasowym zespołem prog rockowym, który podążając świadomie także metalowymi ścieżkami wcale nie zmierza do mezaliansu, czyli związku wyszukanej sztuki z harmoniczną prostotą metalowym riffów. Ten konglomerat w propozycji Shadow Gallery daleki jest od naiwności i swoistej plebejskości, bliżej mu raczej do arystokratycznych salonów, w których muzykę traktuje się nie jako przystawkę, lecz jako pełnoprawnego uczestnika święta intelektu. Kształtna linia melodyczna i „debiut” rewelacyjnych partii wielogłosowych. Cudownie zaśpiewanych, monumentalnych, wytwarzających odświętność i powagę, choć to „tylko” i wyłącznie muzyka rockowa. Proszę zwrócić uwagę jaki diabeł tkwi w szczegółach, na przykład w szaleńczych pląsach fortepianu w rywalizacji z wodospadem gitarowych dźwięków. Ten fortepianowy drobiazg przemyka gdzieś bokiem, skrada się niezauważenie, ale ile on „waży” w skali wartości tej kompozycji. A po 2:15, gdy utwór ostro wyhamowuje te klasyczne klawiatury przejmują dowodzenie rytmem, by za chwilę, czyli w okolicy 3:10 oddać pole niebiańskim wokalom. Ten sposób prezentacji chwyta dosłownie za serce, wprowadzając liryzm i wrażliwość. Gdy chwilę później całość „rozlewa” się w przestrzeni, pozostaje tylko milczeć i słuchać. Znalazło się także miejsce na smakowite solówki, spowolnienia rytmu i nagłe przyspieszenia, jak w klasyce gatunku. Jakby było mało, czas 7:45 rozkłada słuchacza na łopatki przepięknym melodycznie motywem dyktowanym ponownie przez fortepian. Globalnie, fantazja! Pewnie, że jak to zwykle bywa znajdą się „wybrzydzacze”, którym a to za mało ostrych, dosadnych gitar, a to zbyt miękkie tony. Wiecie co, dajcie spokój, jak macie się czepiać tego mistrzowskiego kawałka, to zamknijcie się w kiblu z mp3 i katujcie się „zgrzewanymi” riffami produkowanymi przez a) gitary elektryczne lub b) przez piłę spalinową marki „Stihl”. Nie jestem ekstremistą, ale pierwszy akt dzieła Shadow Gallery należy „ozłocić” pochwałami i basta! Małe zawahanie i przeskok do finału, czyli dwóch „długasów”, które potęgą brzmienia, kumulacją gitarowych eskapad, klawiszowych orkiestracji i ponownie genialnych linii wokalnych, „rozsiewających” aurę wielkiego spektaklu, magicznego, bombastycznego patetycznego. Chwilami, nastrojowo mam skojarzenia z wielkimi dziełami mistrzów symfonii i opery, na przykład takimi jak Wagner czy Bach (ach te organy!). Może to naciągana „ideologia”, ale nie mogę się powstrzymać od takiej oceny dwóch epopei. Tytułowe ponad 9 minut łączy w sobie ponadprzeciętną energię, trafne scalenie intensywnych keyboardów, pół-akustycznych dźwięków w momentach wolniejszych, kryształowo czystych i chwilami natchnionych „spacerów” po progu i elektrycznych strunach, wyróżniających się motywów melodycznych, oraz przemyślanych breaków (posłuchajcie tylko jednego takiego przełomu, 3:50 w „Digital Ghost”). Zwraca uwagę częsta wymiana „przewodników” rytmicznych i brzmieniowych, od gitary, przez głosy, fortepian, zestaw perkusyjny i basowe punktowanie. Przekazują sobie „sterowanie” kompozycją jak w mistrzowskiej sztafecie, płynnie, proporcjonalnie i z wyczuciem. „Haunted” rozpoczyna się atmosferycznie, refleksyjnie, chóry wielu głosów roztaczają „wonny” feeling. Jest mistycznie, tajemniczo i wyjątkowo spokojnie, statecznie i kontemplacyjnie. Ile w tym naturalnego piękna, ten tylko się dowie, kto posłucha, tonąc w tej rzece lirycznych tonów. Ta swoista „msza” rockowa trwa aż 4:10 sekund, by po przekroczeniu tej granicy wywołać heavy break, który łamie radykalnie ustaloną wcześniej konwencję, nadając kompozycji tempa i ciężkiego metalowego soundu. Godny pochwały jest fakt, że zespołowi udaje się cały czas „nie spuszczać z oka” wspaniałych melodii, które trwają do ostatniego tonu w finale, który nazwać można prog rockową symfonią. Tak kończy się album „Digital Ghosts”. Mój szpagat między numerem 1 a 6 i 7 nie oznacza, że to, co w środku jest mniej spektakularne, odgrywając rolę wypełniacza. Tak w żadnym wypadku nie jest, zapewniam, ponieważ kwartetowi udało się stworzyć projekt bardzo spójny, mimo swojej kompleksowości. Poszczególne elementy pasują do siebie perfekcyjnie i wyrwanie któregoś z nich, zadziałałoby na pewno na szkodę całości. „Venom” nie pozostawia wątpliwości, że od pierwszego taktu do końca rządzi metalowa „mafia” z krótkimi acz gęstymi wstawkami organowymi. Zawrotne tempo, dosyć jednolita linia melodyczna i równa baza rytmiczna dodają utworowi kopa i gonią bez opamiętania w dal. Ozdobnikiem wokalnym jest udział Clay Bartona, udzielającego się za mikrofonem w Suspyre, a linie bębnów aktywnie wspiera Joe Nevolo. Po takim wybuchu, „Pain” sprawia chwilowo wrażenie okładu na skołataną duszę. Jednakże balladowy wstęp to pozory. Po minucie przestrzeń wypełnia ciężki hard rockowy riff, najpierw nieśmiało i niezdecydowanie, ale później z całą mocą. Rytm pulsuje, basowe „wiosło” i perkusja nabijają kolejne „ślady” przy zachowaniu melodyjności. Gitara w duecie w klawiszami prześcigają się w kreowaniu nowych dźwięków. „Gold Dust” jako kolejna dawka pozytywnej energii, wzmocniony zostaje partiami klawiszy sterowanych przez Vivien Lalu (Shadrane) i wulkanicznymi gitarami. Charakterystyczny dla tej kompozycji jest mocny metalowy fundament, na którym klawiatury i gitary konstruują „fikuśne” figury rytmiczne, bębny rozrywają wnętrze utworu, a wokale „hasają” po froncie. „Strong” gościnnie „ubarwiają” gitarzysta Srdjan Brankovic (Expedition Delta), oraz wokalista Ralf Scheepers (Primal Fear) wkraczając na terytorium power metalu. Ani chwili na głębszy oddech, pęd, a gitarowa zawierucha zmiata postrzępione myśli. Oj zrobiło się strasznie metalowo, momentami, szczególnie w tych epickich scenach podobnie do Ayreon Lucassena. Prawdziwa orgia dźwięków. Jednakże ostatnie kilkanaście sekund pozwalają na ochłonięcie, jakby autorzy wysyłali czytelny sygnał, uwaga, za mgnienie oka nadejdzie natchniony finał, pełen czarów. Ale o tym było już wyżej, więc nie będę już „babulił”.
Wydawałoby się, że po albumie „Room V” ta konwencja rocka w wykonaniu Shadow Gallery jakby się wyczerpywała, wyglądało na to, jakby już wszystko w tych ramach stylistycznych zostało „powiedziane”. Po czterech latach okazało się, że można jeszcze piękniej, bardziej melodyjnie, z bardziej eleganckimi liniami wokalnymi, z paletą urozmaiconych dźwięków i wyselekcjonowanym brzmieniem. „Digital Ghosts” zadowoli miłośników udanego połączenia mocnych metalowych tonów z symfoniczno- progresywnym rozmachem. Im częściej słucham tego albumu, tym bardziej mi się podoba i tym więcej drobiazgów udaje mi się „złapać w sieć mojego słuchu”, ku zadowoleniu poczucia estetyki i wrażliwości. A to chyba dobrze świadczy o samym przedstawianym „tworze” artystycznym?
8,5/ 10
Włodek K.
DYSKOGRAFIA:
Shadow Gallery (1992 Magna Carta)
Carved In Stone (1995 Magna Carta)
Tyranny (1998 Magna Carta)
Legacy (2001 Magna Carta)
Room V (2005 InsideOut)
Digital Ghosts (2009 InsideOut)
|