
1.Twisted Coil (11:43)
2.Leland Street (8:03)
3.Green And Cream (10:32)
4.Over (6:11)
5.Perfection? (10:46)
SKŁAD:
Jasper Steverlinck (Wokal)
Lori Linstruth (Gitara)
Chris Maitland (Perkusja)
Arjen Lucassen (Gitary Elektryczne i Akustyczne/ Mandolina/ Bas/ Instr. Klawiszowe/ Wokal)
Goście:
Ben Mathot (Skrzypce)
David Faber (Wiolonczela)
Bodine. Vengeance. Ayreon. Ambeon. Star One. Niezwykle produktywny muzyk, uczestnik ponad 40 projektów płytowych. Twórca, który zawsze ma coś ważnego do powiedzenia. Przy realizacji licznych swoich koncepcji zatrudniał całe „tabuny” znanych rockowych artystów. Nikt nie potrafił odmówić, ponieważ temu Panu nie wypada powiedzieć „Nie!”. Od roku 1978 jego wypieszczone zjawiska fonograficzne cieszą tysiące fanów na całym świecie, głównie w Europie, bo Amerykanie reagują niestrawnością na wyszukaną sztukę rockowej progresji. Ta krótka definicja odnosi się do zdolnego Holendra Arjena Lucassena. Ten niespokojny duch powołał do życia kolejny w swojej karierze rockowy „byt”, nazwany Guilt Machine. W odróżnieniu do poprzednich przedsięwzięć na próżno w zestawie wykonawców szukać powalających na kolana nazwisk, wbrew poprzednim zamierzeniom artystycznym autor nie zatrudnił multum muzyków, którym z wielką precyzją przydzielił role do wykonania. To nie jedyna różnica między Guilt Machine a przede wszystkim najbardziej znanymi Ayreon i Star One. Bez trudu wskazać można inne znaczące zmiany, które prawdopodobnie stanowią także wyjaśnienie faktu, w jakim celu Arjen postanowił przedstawić fanom kolejną progresywną „postać”, której szyld nic słuchaczowi do tej pory nie mówił. I trudno się dziwić, zacz to prawdziwy debiut progresji, choć nasz bohater należy do starych wyjadaczy na tej scenie. I gdy poszukiwacze niesamowitych rockowych zakątków nie byli dość wnikliwi, by dotrzeć do informacji, że to właśnie Lucassen firmuje powyższy projekt, z łatwością mogli przeoczyć to zjawisko na nieboskłonie progresji. Kolejny raz artysta ten „rozciągnął” przed naszymi oczami prawdziwą, bajeczną tęczę progresywnych dźwięków. Tym razem bardziej subtelnych, w mniejszym stopniu nasączonych nutkami z pięciolinii metalu, z ograniczonymi partiami chóru, bez tej mocarnej symfoniczności, która w powiązaniu z mocnymi beatami rocka dawała niepowtarzalną mieszankę. Jednakże te słowa wcale nie oznaczają, że mamy do czynienia z czymś gorszym, niejako z drugiej ligi. W żadnym wypadku. Który to już raz Lucassen komponuje frazy, w których pławią się odbiorcy, zachwycając się ich niestandardowym pięknem. Owszem, pewne chwyty brzmieniowe zostały powtórzone, świadomie i z premedytacją, ale w zupełnie innej sekwencji, która w dwójnasób wzmocniła ich magiczną siłę oddziaływania. Tylko pięć aktów, niektóre dosyć długie, przyciąga uwagę swoją wyszukaną estetyką, wirtuozerią wykonawczą i zmuszają do zastanowienia, gdzie leży granica kreatywności tego ludzkiego źródła tworzenia. Oczywiście znajdą także malkontenci, poddający w wątpliwość odkrywczy charakter albumu „On This Perfect Day”, marudzący, że tego za mało, tamtego za dużo, a tutaj podobieństwo do wcześniejszych publikacji. Miejcie ich wszyscy w głębokim poważaniu, bo to guzik prawda. Bandy pracujące pod kierownictwem Arjena Lucassena mają tak specyficzne brzmienie, że stosunkowo łatwo jest je zidentyfikować już przy pierwszym przesłuchaniu. Autor nie rezygnuje z tego, na czym oparł swoje rockowe wypowiedzi, bo wie, że słuchacze pragną tego, jak człowiek tlenu. Znam 90 procent osiągnięć twórcy i z całą odpowiedzialnością chcę stwierdzić, że nigdy mnie one nie znużyły, chętnie do nich wracam, działają na moje receptory relaksująco, otulając magią i baśniowym klimatem, choć tym razem tematyki dzieła nie stanowią motywy scince fiction czy fantasy. Problematyka albumu dotyka spraw prozaicznych, głęboko ludzkich, takich, z których spotkaniem możemy się liczyć w życiu na każdym kroku, ból, smutek, cierpienie, śmierć, zmienność ludzkiej natury. Jednym słowem eskapada w realno- liryczny świat. Ciężko Lucassenowi zmienić gruntownie styl, który potrzebował wielu lat, by się ukonstytuować. A gdy styl ten nabrał wyrazistych kształtów, poddawał się wyłącznie procesowi doskonalenia i artystycznej ewolucji. Epickie struktury stały się na albumie „On Th Perfect Day” jeszcze doskonalsze, pełniejsze, bardziej liryczne. Delikatność akustyki zadziwia. Brzmienie zbliżyło się do granicy ideału. Forma nie zawiera prawie żadnych zbędnych elementów. Jedynie atmosfera w licznych fragmentach songów stała się zaskakująco mroczna, nasycona tajemniczością, np. w utworze „Twisted Coil”. Uważny słuchacz znajdzie niekiedy wpływy nieśmiertelnego Pink Floyd zmiksowanych z stylistycznymi drobinami Ayreon, tworząc w efekcie prawdziwie wybuchową mieszankę. Wyżej napisałem, że Guilt Machine nie preferuje nadmiaru metalicznych nutek, które ustąpiły miejsca kontemplacji, melancholii, takiej hipnotycznej „pląsawicy”. Jak zwykle u Arjena z każdego songu wypływa ujmująca melodia, niekiedy pozornie niedokończony motyw, który ku radości słuchacza spięty zostaje czymś w rodzaju melodycznej klamry, pojawiającej się zaskakująco w innej części kompozycji. Dodam jeszcze, że z całości materiału nie wyrugowano oczywiście do końca linii symfonicznych przesiąkniętych metalicznym „zgrzytem”, ale znacznie ograniczono ich spektrum występowania. Nie zaszkodziło to w żaden sposób odbiorowi tego przekazu, z którego emanuje spokój, refleksja i atmosferyczne błyski.
Jak wygląda najnowsze „dziecko” Lucassena, warto to przeanalizować:
„Twisted Coil”- wolno i flegmatycznie wkracza na scenę, oferując od początku urzekającą melodię, a w tle zagęszczenie intensywnych dźwięków, tworzące prawdziwe misterium rocka. Klimat łagodności otacza słuchacza ze wszystkich stron, podkreślony czystym, znakomicie ułożonym, melodyjnym wokalem. Wydaje się, że nic spektakularnego spotkać nas nie może, ale gdzieś około 5 minuty głos milknie, a narastający dźwięk obiecuje nadejście przełomu. Kto pomyślałby, że to nie zwykłe złamanie harmonii, to prawdziwie prog metalowa eksplozja. Zabija skumulowaną energią, charakterystycznym, mocarnym riffem, rozwala dokumentnie przestrzeń wcześniejszej oazy spokoju. Całość zestawienia brzmień ułożono bardzo naturalnie, mimo karkołomnej konfrontacji dwóch muzycznych światów, sielskiego z klawiszowymi obłokami i drapieżnego, pędzącego jak naładowana energią lokomotywa. Kaskada tonów nie zabrała ani odrobiny wyrazistości wokalu (brawo za klarowność jak w dobrym winie), który dociera do uszu jakby wydawał, zdeformowany trochę elektronicznie, rozkazy, powtarzane przez żeńską sekcję. Progmetalowe fajerwerki ozdabia jeszcze dodatkowo partia skrzypiec, dostarczając słuchaczowi niepowtarzalnych wrażeń estetycznych. Rozpędzona machina wyhamowuje na granicy 10 minuty, a utwór kończy się figurą rytmiczną przywołującą do pamięci najlepsze osiągnięcia symfonicznego rocka, podbarwionego agresją gitar. Dla mnie bomba!
„Leland Street”- ponownie intrygujące głosy (tym razem po francusku) oraz dziesiątki drobin elektronicznych, stanowiących awangardę kosmicznej formacji. Nutki kroczą dostojnie z towarzyszeniem baśniowego wokalu i plamkami dźwięku elektrycznego fortepianu. Lucassen, jak to ma w zwyczaju, czaruje chwilę (tutaj 2 minuty) takim brzmieniowo rozmazanym zbiorem tonów, by po tym czasie wybuchnąć niczym Supernowa. Kompensacja progresywnej mocy przy współudziale keyboardów, gitar, basowego „wiosła” i perkusji wzburzyła morze muzyki, ale tylko po to, by Neptun mógł jednym ruchem trójzęba po upływie ledwo 30 sekund, ten żywioł uspokoić, powracając brzmieniem na wcześniej wytyczone tory, poprzekładane melancholią. W dalszej części Neptun udowadnia, że strasznie rajcują go skoki rytmu, nastroju i głośności, a „decybelomierz” rozgrzany zostanie do czerwoności, by za chwilę prawie całkowicie zamilknąć. Niby sytuacja się stabilizuje, ale w strukturze utworu dzieje się doprawdy wiele. Linia Hammondów, krótkie solo pięknej gitary, natchniony emocjami głos, no i zapadająca w pamięć melodia. Po szóstej minucie elektryczne struny ruszają nagle na dźwiękową „wojnę”, dynamizując wizerunek songu. Jeszcze nie raz i nie dwa wjedziemy rollercoasterem na wyżyny rockowej mocy, by za moment spaść na złamanie karku w akustyczną nicość. Świetne kontrasty, które fascynują nie pozbawiając kompozycji monolitycznej jedności.
„Green And Cream”- elektroniczne instrumentarium, w tle „mglista”, rozdygotana perkusja na wstępie, wraz z upływem czasu coraz żywsze tempo i muzyka rozświetlająca horyzont. Wokal daje rozkaz do wkroczenia na melodyjną pięciolinię, a kolejne instrumenty włączają się do akcji. Około3 minuty nic i nikt nie jest w stanie zapanować nad dominacją elektrycznej gitary i pulsującego basu, „talerzowej” perkusji i wspaniałego czystego głosu (tak na marginesie rodzi się pytanie, gdzie Lucassen „wygrzebał” wokalistę Steverlincka). Rozbuchany rytm do granic wytrzymałości, struny szarpiące ciszę i eksplozje instrumentalne z organami w tle. I nagle nadchodzi 5:05, kompletne odwrócenie sytuacji z dominacją świadomie sztucznych tonów, „zdegenerowanych” częściowo przez zastosowane syntezatorowe klawiatury.
„Season Of Denial”- melotron jak zabójcze źrodło dźwięku, skrzypce rozdzierające duszę swoim smutkiem, melancholia i mrok. Śliczne partie gitarowe, wysmakowane, partie wielogłosowe nadające kompozycji charakteru rockowego hymnu, wiolonczela upajająca niebiańskim pięknem (4 minuta). Dostojeństwo z każdej nutki, symfoniczny rozmach, gitary nadzwyczaj ostre w jednostajnych figurach rytmicznych. Strasznie duuuużo muzyki na wskroś progresywnej, wręcz klasycznej w swojej formie. Po 6 minucie tony pół- akustyczne zmieniają krajobraz, a niczym niezrażony głos snuje swoją opowieść. Ile w tym dobrego smaku, ile przestrzennego brzmienia, ile napięcia u odbiorcy, w oczekiwaniu na następne rozwiązanie rytmiczne.
„Over”- niektórzy nazwaliby tę „rzecz” piosenką, inni przebojem, ale to szlachetny kruszec w progresywnej kolekcji, o ujmującej melodii, wirtuozerii, pulsach klawiszy, sennym wokalu, który demoluje pięknem śpiewając „Blacken the sky, It’s over, Killed by contradiction, Fixation is all that’s left behind, Kill it to life, It’s over”. Jak do tego aktu włączają się organy i partia solowa gitary, ogarnia nas bezwład i otumanienie dźwiękami, które przenikają każdy kawałek naszego ciała.
„Perfection?”- zsynchronizowane akustyki strun i elektroniki klawiatur zbliżone do ideału. Czyż zachodzi potrzeba wspominania o porywającej melodii? Pytanie retoryczne. Utwór lekki, unosi nasze serca w przestworza. Posłuchajcie efektów inteligentnej pracy zestawu perkusyjnego. Zwróćcie uwagę na basowe ścieżki rytmiczne. Pozwólcie rozwinąć skrzydła wokalowi. Wszystko na swoim miejscu, świetnie dopasowane, bez słabych punktów, a jak trzeba Guilt Machine potrafi zagrzmieć wywołując trwogę i tłamsząc symfoniczną potęgą.
Daleki jestem od pielgrzymki na kolanach do sanktuarium Arjena Lucassena, ale ten facet ma w sobie tyle kreatywnej siły, że powala w każdej sekundzie. Mimo skromnego składu, czym złamał ustalone wcześniej zasady, album wspina się na najwyższe szczyty, prezentując całą mozaikę mistrzowsko wygenerowanych tonów. Album godny polecenia pod każdym względem, melodycznym, instrumentalnym, wokalnym, koncepcyjnym. Guilt Machine jako kolejny projekt utalentowanego Holendra okazał się przysłowiowym „strzałem w dziesiątkę” na „tarczy” rocka progresywnego. Ciekawostkę stanowi fakt internacjonalizacji tej muzyki, ponieważ w wielu fragmentach słyszymy otulone nimbem tajemnicy głosy w języku polskim (Tak! Tak!), francuskim, rosyjskim, hiszpańskim. Wyśmienite wydawnictwo!
9/ 10
Włodek K.
|