|
Trasa promująca nowy album Riverside, „Anno Domini High Definition”, imponuje rozmachem: 20 koncertów w Polsce, później drugie tyle w Europie Zachodniej. Ale nic w tym dziwnego, to w końcu jeden z najlepszych i, co równie ważne, najpopularniejszych polskich zespołów na świecie. „A.D.H.D. European Tour 2009” rozpoczęła się 23 IX w Białymstoku. Był to ponoć bardzo dobry koncert, tak więc wybraliśmy się na drugi z kolei występ na tej trasie, do Ełku. Jak zwykle połączyliśmy przyjemne z pożytecznym, zwiedzając to i owo. Zainteresowanych odsyłam do sieci, lub do książki Jarosława Bacińskiego „Zamek prokuratorski w Ełku. Przyczynek do dziejów miasta i regionu”, bo Ełk to naprawdę ciekawe, piękne miejsce. Resztę czasu przed koncertem spędziliśmy w świetnej kawiarni, mieszczącej się w ECK.
Jako pierwszy, tuż przed 20.00 zaczął grać support, Disperse. I tak, jak początkowo publiczność stała w pewnej odległości od sceny, uważnie słuchając i obserwując poczynania bardzo młodych muzyków, to z każdym utworem zmieniało się to na lepsze. Tłumek pod sceną gęstniał, oklaski były coraz głośniejsze, muzyka Disperse naprawdę spodobała się licznie zgromadzonej w sali ECK publiczności. Nic w tym dziwnego: to rock progresywny naprawdę wysokich lotów, sprawnie zaaranżowany i równie dobrze zagrany. Do tego bardzo eklektyczny, bo poza granem typowo progresywnym chłopcy często wplatali mocne, dynamiczne, niemal metalowe partie, czy fragmenty ocierające się o fusion. Będzie jeszcze o nich głośno, a nazwisko gitarzysty, Jakuba Żyteckiego radzę zapamiętać / zapisać już teraz. Szkoda tylko, że zespół nie pomyślał o przygotowaniu jakichkolwiek płyt, nawet demo, na sprzedaż – zainteresowanie na pewno byłoby spore.

Ponieważ próba przed koncertem trwała dość długo, Riverside nie przedłużali przygotowań w nieskończoność. Muzycy po kolei pojawili się na scenie w czasie długiego intro, przy częściowo wygaszonych światłach, witani rzęsistymi brawami. Introdukcja, wcześniej nieznana, stopniowo przeszła w kompozycję właściwą – „02 Panic Room”. Szybko się okazało, że Riverside gra, a nie odgrywa materiał znany z płyt. Stąd takie rozwiązania, jak to nieznane wcześniej intro do pierwszego utworu, nietypowe zakończenia czy połączenia były tego wieczoru na porządku dziennym. Przekonaliśmy się o tym chwilę później, bo „Second Life Syndrome” zyskał nieoczekiwane zakończenie w postaci „Schizophrenic Prayer”. Ale zaraz, na tej trasie zespół miał grać całą nową płytę, a tu, póki co nic z tego ? Zapowiadano jednak też sięgnięcie po starsze, czy też rzadziej wykonywane na żywo kompozycje i te właśnie usłyszeliśmy w pierwszej części koncertu. „The Same River”, poprzedzone introdukcją i „In Two Minds”, w którym wokalista Riverside, Mariusz Duda sięgnął po gitarę akustyczną zakończyły pierwszą część koncertu. Po krótkiej przerwie usłyszeliśmy znajome intro nowego albumu, odtworzone jednak albo z płytki, albo z samplera. Po nim jednak zespół zaczął grać, i to jak ! Materiał z „Anno Domini High Definition” bardzo zyskał w wydaniu koncertowym. To doskonały album, nie dziwię się więc, że podobnie jak inne, wielkie zespoły, Riverside prezentuje go na koncertach w całości. Te trzy kwadranse minęły jak jedna chwila. „Hyperactive”, „Driven To Destruction” porażały – poziomem, wykonaniem, emocjami i energią.

Zastanawiałem się, jak zespół poradzi sobie z kolejnym utworem, to jest „Egoist Hedonist”. Jak było do przewidzenia partie dęciaków zagrał na klawiszach Michał Łapaj i w wersji koncertowej naprawdę fajnie to zabrzmiało. Nie przypuszczałem nawet, że może być tak dobrze – co klasa, to klasa ! „Left Out” i „Hybrid Times” zakończyły podstawową część koncertu. Nie było jednak mowy o tym, żeby miał się on zakończyć. Zespół doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że szybko ze sceny nie zejdzie. Usłyszeliśmy więc najpierw jedną z ‘zapomnianych’ perełek Riverside, to jest „Stuck Between”. Po nim zaś powalającą, dwuczęściową hybrydę: „Reality Dream II” / „Reality Dream III”. Wyglądało na to, że tym razem to już naprawdę koniec, koncert trwał jakieś 95 minut. Jednak zespół, zachęcony gromkim, długo skandowanym ‘jeszcze jedną piosenkę !’ wrócił na scenę. Pierwszy pojawił się Michał Łapaj, który zaczął od klawiszowego, tajemniczo brzmiącego wstępu. Po dłuższej chwili dołączył do niego gitarzysta, Piotr Grudziński z piękną solówką. Grali tak jakiś czas razem i wsparł ich Mitlof – Piotr Kozieradzki na bębnach. Jako ostatni wyszedł Mariusz Duda i zagrali już w kwartecie tak porywającą, wręcz psychodeliczną wersję „Rapid Eye Movement”, że po tym utworze było już jasne, że to koniec. Było to genialne zwieńczenie świetnego koncertu. Fani docenili to śpiewając obchodzącemu tego dnia urodziny wokaliście „Sto lat”.
Zespół udowodnił, nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni, że jest w świetnej formie, tak więc, jeśli tylko będziecie mieli możliwość wybrania się na ich koncert – teraz, lub w przyszłości – nie zmarnujcie okazji !
Wojciech Chamryk
Fot. Elżbieta Piasecka Chamryk
Więcej zdjęć z występu Riverside w Galerii Metal Mundus - TUTAJ
|