|
| Polecamy albumy |
 STREFA MOCNYCH WIATRÓW - Live
 CORRUPTION - Bourbon River Bank
|
|
| JANUSZ MUSIELAK [2009] |
JANUSZ MUSIELAK
Mistrz drugiego planu
Są muzycy, grający od wielu lat, o których tak na dobrą sprawę nic nie wiadomo. Rzadko pojawiają się w prasie, nie udzielają wywiadów, nie lubią szumu wokół własnej osoby. Po prostu robią swoje. Jednym z takich ludzi jest gitarzysta Janusz Musielak. Ręczę, że nie ma wśród was kogoś, kto nie słyszał jego gry – w zespołach autorskich, jako sidemana, w przedstawieniach teatralnych, na koncertach, w radiu czy telewizji. Od dziś, dzięki poniższej rozmowie będziecie wiedzieć więcej o tym świetnym muzyku i bardzo sympatycznym, wyjątkowo skromnym człowieku. Po łomżyńskim koncercie Grzegorza Kupczyka usiedliśmy więc spokojnie w bocznej sali „Retro”, by porozmawiać o tym i owym. Oto wybrane, najciekawsze fragmenty tej długiej rozmowy:
Metal Mundus: Jak zaczęła się twoja przygoda z muzyką? Najpierw jej słuchałeś, byłeś fanem, czy równocześnie ze słuchaniem zacząłeś grać?
Janusz Musielak: Oczywiście, że to się wszystko połączyło. Wracając do okresu dzieciństwa, czy wieku młodzieńczego – podstawówka, siódma, ósma klasa – już wtedy stworzyliśmy zespół. Bardzo interesowałem się wtedy muzyką. Miałem kolegę, który grał na basie, uczył się w szkole muzycznej. Tworzyliśmy, wraz z innymi kolegami taką grupę ludzi, którzy słuchali muzyki, byli nią zafascynowani.
I postanowiliśmy sami założyć zespół. Grałem w nim na perkusji. Ale ciągnęło mnie do muzyki jeszcze bardziej. I ten kolega – basista, Dymitrios Papanikolau, zaszczepił we mnie muzykę. Powtarzał: ty idź się ucz. Ale wtedy w Poznaniu nie było jeszcze w żadnej szkole muzycznej klasy gitary, na której już grałem. I kiedy zauważyłem w gazecie anons, że gdzieś tam, w szkole pierwszego stopnia, powstaje klasa gitary, od razu tam poszedłem i zdawałem. Oczywiście przyjęli mnie – to był pierwszy nabór, przyjmowali wszystkich. Owszem, była selekcja, trzeba było mieć słuch, itp. Tak zacząłem uczyć się muzyki klasycznej. Miałem już 15 – 16 lat. Stopniowo skończyłem podstawową szkołę muzyczną pierwszego stopnia, poszedłem do średniej, skupiając się na gitarze.
Czy już wtedy grałeś różne rzeczy?
Byłem otwarty na wszelkie propozycje. Najpierw dostałem ofertę z Teatru Muzycznego w Poznaniu, w którym grałem na gitarze 15 lat. Wiele lat grałem także w Teatrze Nowym.
Poznałem wszystkie gatunki muzyczne – grałem reggae, bluesa, jazz, country. Gram też muzykę poważną. Country gram do dzisiaj, bo polubiłem tę muzykę.

Country ma przecież wiele wspólnego z bluesem…
Tak. Zaszczepili mi to moi koledzy. W Stanach Zjednoczonych country grają tak znakomici muzycy, że jest to szok. Porównują ich z muzykami jazzowymi. U nas ludzie traktują ten gatunek tak marginesowo, patrzą przez pryzmat Gangu Marcela (zespół popularny w latach osiemdziesiątych, grający pop z elementami country – red.), czy Sipińskiej (babcia wytłumaczy wam, kto to taki – red,), która gdzieś tam, kiedyś, podobno śpiewała country. Ale to nie ma z tym prawdziwym country nic wspólnego. U nas country wciąż się kojarzy z kapeluszami z frędzlami, a to ma wymiar artystyczny.
A jak zainteresowałeś się mocniejszym rockiem, wszedłeś w to środowisko?
Do średniej szkoły muzycznej chodziłem z pierwszym wokalistą Turbo – Wojtkiem Sowulą. On jeszcze z nimi śpiewał, ale już zaczęły się jego perturbacje w tym zespole. I…
I w Turbo pojawił się Piotr Krystek…
Tak. Wtedy Wojtek Sowula stworzył zespół, który nazywał się Kierowca bombowca.
To ta grupa, w której na basie grał Bogusz Rutkiewicz?
Tak, Bogusz grał na basie. To było bezpośrednio przed Non Iron. Przypominam sobie śmieszny epizod. Ośrodki telewizyjne wystawiały wtedy swoich muzyków, zespoły, piosenkarzy, bo były takie konkursy telewizyjne. A my nagrywaliśmy swoje pierwsze nagrania w Szczecinie. Więc z racji tego wystawiono nas jako zespół szczeciński.
Zespół istniał kilka lat. Kiedy ogłoszono stan wojenny, graliśmy próby w kultowym miejscu w Poznaniu – to był klub Od Nowa. Przyszliśmy tam któregoś dnia, to była chyba niedziela, ale było zamknięte. Wróciliśmy wiec do domu, otworzyliśmy telewizor, a tu pan w ciemnych okularach (śmiech). I tak to się jakoś rozpadło.
A ponieważ ćwiczyliśmy wspólnie, już w Nurcie, gdzie grał też zespół Turbo, to poznałem Henia Tomczaka, Wojtka Hoffmanna. A nie, inaczej – bo do szkoły muzycznej chodziłem też z Wojtkiem Aniołą, który grał w Turbo na perkusji. I on mi powiedział: słuchaj, szukamy gitarzysty. Przyniósł mi kasetę z jakimiś utworami. Ja byłem wtedy jeszcze nieopierzonym gitarzystą, nie potrafiłem tego dobrze zrobić.
Ale poszedłem na to spotkanie, Wojtek wziął gitarę basową i zaczęliśmy grać to, co tam się niby nauczyłem (śmiech). Ale oczywiście niewiele z tego wyszło. I Wojtek Hoffmann powiedział do mnie – z czego do dzisiaj się śmiejemy – no to do zobaczenia na trasie ! I tak się zapoznaliśmy, a ja później poznałem Henia Tomczaka, który akurat odszedł z Turbo. Zakładał wtedy Non Iron. Stworzyliśmy go w Nurcie, z wielu muzyków, którzy tam się pojawiali i ćwiczyli. Była tam bluesowa Wielka Łódź, był zespół, coś z Waldkiem, dziwna nazwa…
Mr. Z’oob?
O, Mr. Z’oob. Wszyscy się zmieniali, mieszali i tak powstał Non Iron. Non Iron zaczynał od bluesa, Jak przyszedł Wojtek Hoffmann poszliśmy w ostrzejszym kierunku. Pierwsza płyta, „Innym niepotrzebni”, czy nawet te bluesowe nagrania z pierwszej kasety miały bardziej drapieżny rys.
Bluesowaty hard rock…
Tak, tak. Non Iron powstał w 1985 roku. Najpierw była ta kaseta, potem „Innym niepotrzebni”, „Candles And Rain”…

Na której zaśpiewał już Grzegorz Kupczyk…
Ale Grzegorz nagrywał już „Innym niepotrzebni”. Śpiewa drugi głos w jednym utworze, bo Leszek Szpigiel, ówczesny wokalista Non Iron, już wyjechał do Niemiec. A nie nagrał jednej ścieżki. I Grzegorz zaśpiewał tę partię, chyba nawet w utworze tytułowym.
Gdy Grzegorz przyszed,ł zaczęło się bardziej rockowo. Z Leszkiem, chociaż śpiewał w Wilczym Pająku, gdzie było bardzo ostro, graliśmy raczej bluesa.
Czy Non Iron był dla Leszka Szpigla taką odskocznią od thrashu?
To jest wykształcony wokalista, po średniej szkole muzycznej. U nas mówiło się na to „kotlety”, bo to był wydział piosenkarski (śmiech). I on to skończył. Zresztą – Maciek Matuszak, gitarzysta Wilczego Pająka też. Tak, że Leszek liznął różnej muzyki. Tak, jak ja, jak wielu innych muzyków.
Czyli nie warto się ograniczać?
Nie warto. Bo to nie jest tak, że lubi się tylko jeden gatunek muzyczny. Może są tacy ludzie, co kręci ich tylko thrash, blues czy reggae. Ja lubię muzykę, z każdego gatunku, która mi się podoba. I dlatego grałem z różnymi muzykami, różne rzeczy, różne gatunki muzyczne. Nagrywałem z Krzysztofem Krawczykiem, Urszulą, Felicjanem Andrzejczakiem, Gabrielem Fleszarem, Mają Kraft. Grałem koncerty z Andrzejem Cierniewskim, grałem poezję śpiewaną z najlepszym interpretatorem Stachury – Jackiem Różańskim, z którym zjeździłem całą Polskę. Gram różne rzeczy: w operze, w filharmonii, ale mi country, także na festiwalach, z zespołem The Medley. Tworzę cały czas, nagrywam płyty.
Skoro mówimy o płytach: „Candles And Rain”, strona druga, utwór drugi, „Schizophrenic Talks” to żywcem Dio, „The Last In Line”…
Tak? Nie wiem, powiem ci tak. Co do twórczości Non Iron większość – ľ - muzyki to było moje. Dopiero na CD „’91” były podane nazwiska, co kto napisał. A wcześniej przychodziło się na próby, przynosiłem większość pomysłów i robiliśmy to razem. A, żeby nikt nie był poszkodowanym to robiliśmy tak, że ZAiKS był wspólny, tam nawet Dziubiński się dopisywał i do dzisiaj się dopisuje (śmiech). Teraz mi to przypomniałeś – to rzeczywiście brzmi trochę jak Dio. Każdy czymś nasiąka, gdzieś to zostaje i czasem pojawia się w innym utworze…
Ale z tym wspólnym podpisywaniem utworów jest problem, bo Metal Mind zapowiada na maj premierę dwóch pierwszych płyt Non Iron, które mają się ukazać na jednym CD…
Nie ukaże się.
Ale ta płyta jest cały czas w zapowiedziach MMP, jest nawet podana cena…
Oni przysłali nam umowę, której nie zaakceptowaliśmy. Grzegorz Kupczyk nie akceptuje też okładki, ja ją zaakceptowałem. W tej umowie Grzegorz jest bardzo źle potraktowany. Ma dostać 10%, a zaśpiewał całość, stworzył wszystkie teksty. A inni muzycy, którzy tylko odegrali swoje, mają dostać 20%. Więc powiedziałem tak – ja te płyty już mam, analogowe. Nie potrzebuję tego na CD. A jeśli tak – chcę mieć z tego jakieś pieniądze. I dlatego nie wyraziliśmy z Grzegorzem zgody na ponowne wydanie tych płyt. I oni się chyba tego nie spodziewali. Umieścili to już dawno w swoim katalogu i nie wiem, co zrobią. Dziubiński powiedział nawet w pewnym momencie Grzegorzowi – to wykasujemy twoje wokale i tak to wydam. Ale na to ja się nie zgodziłem.
Przekonamy się niebawem, co z tego wyjdzie…
No wiesz – kompletnie mi już nie zależy na wydaniu reedycji tych płyt. Wielu ludzi mówi, nawet Wojtek Hoffmann, czy Heniu Tomczak – dlaczego tego nie podpisałeś, fani czekają. Ale ilu jest tych fanów? A Dziubiński robi w umowie, że dopiero od 500 egzemplarzy, które się sprzedadzą, dostaniemy jakieś tantiemy.
Ale kto sprawdzi, ile naprawdę się tego sprzedało?
Ale mimo wszystko chyba warto grać?
W życiu spotkało mnie wiele fajnych rzeczy, dzięki muzyce. Miałem też trudne momenty, ale i wiele przygód muzycznych. Podejmowałem te wyzwania i sprawdzałem się w nich.
Czy takim wyzwaniem była muzyka do sztuki „Usta Micka Jaggera” Teatru Telewizji ?
Tak! Powiem ci szczerze: jeżeli chodzi o Rolling Stonesów, to nie słuchałem ich za bardzo. Dopiero z wiekiem, dzisiaj, mogę powiedzieć, że mi się podobają. Nie wszystkie utwory jednak, bardziej słuchałem Bitelsów.
Wielu muzyków tak mówi. To dziwne, ale tak jest…
A dlaczego ? Bo uważałem, że Rolling Stonsi fałszują, grają nierówno, po prostu mi to przeszkadzało.
Grali surowo, wręcz niechlujnie…
Niechlujnie, po prostu. Wtedy mi to przeszkadzało. Ale, co zauważyłem po latach, a zwrócił mi na to uwagę Piotr Kałużny, znakomity pianista. Powiedział: zwróć uwagę na jednego gitarzystę, Keitha Richardsa, który gra z fantastycznym feelingiem. Nie gra wiele, ale to, co uważam w zespole za najważniejsze – nadaje puls utworowi razem z perkusją i basem. A kiedy tego nie ma, to największy mistrz gitary – Satriani, Vai – nic nie poradzi.
Ale oni mają zawsze najlepszą sekcję…
Tak, zawodowcy. To była fajna przygoda, z „Ustami Micka Jaggera”, bo trzeba to było zrobić dość wiernie. Zabawne jest to, że spektakl był już nakręcony, a nie było zgody menagera The Rolling Stones na użycie muzyki.
Czy dlatego jest tak schowana w tle, że często nic nie słychać ?
Tak, niestety. A musieliśmy z Grzegorzem dość wiernie to odtworzyć. Granie, jego wokal, wydaje mi się, że się to udało?
Tak, to świetny materiał.
I fajnie. Drugim takim materiałem, nie wiem, czy wiesz, że jest taka płyta – utwory Metalliki, grane z orkiestrą, Grzegorz śpiewa…
Tak, mam to, ale nie wiem, czy to się ukazało, czy dopiero ma wyjść, w boxie na 20 lecie CETI…
Poważnie? Minęło już z sześć lat…
Ale Grzegorz chyba dopiero niedawno uzyskał prawa do tego materiału i ma się to ukazać jesienią.
Aha. Bo ja nawet nie wiem, do czego to było potrzebne. Orkiestrowy koncert, utwory Metalliki, też dziwne, ale bardzo fajne zdarzenie.
I w ten sposób, niejako naturalnie, doszliśmy do „Akordów słów”. Jaka była twoja pierwsza reakcja na wieść, że zagracie nie tylko z orkiestrą symfoniczną, ale i z licznym chórem?
Powiem ci szczerze, że jestem przyzwyczajony do takich wielkich orkiestr, bo gram i w filharmonii i w operze, więc to mnie nie przerażało. Byłem bardzo ciekawy i zadowolony, że coś takiego się wydarzy.
Ale mieliście grać wspólnie twoje własne utwory, chodzi mi o odczucia z tym związane…
Byłem ciekaw, jak będzie wyglądać aranż, instrumentacja. I bardzo mi się spodobało to, co zrobił ten młody człowiek z Warszawy.
Paweł Przezwański, razem z Marią z CETI…
Bardzo mi się to spodobało i uważam, że wyszło coś ciekawego. A, że Grzegorz ma w sobie od lat determinację do robienia czegoś ciekawego, do tego Monika (Gąsiorek – menager i inicjatorka „Akordów słów” – red.), trafiła mu się niczym dar od Boga, to wszystko wyszło fenomenalnie.

Pierwszy pomysł to wiosna ubiegłego roku. Pierwszy koncert – Kalisz w listopadzie. Byliśmy na tym koncercie, ale muszę przyznać, że jesteśmy poszkodowani – w Kaliszu był tylko jeden bis, w Ostrowie Wlkp. aż trzy (śmiech). Było lepiej ?
(Śmiech). Było lepiej. Niestety tym razem nie dotrwałem do końca, bo wcześniej całą noc nie spałem – wracałem z Warszawy, gdzie grałem w takim big bandzie. Graliśmy na zmianę z UK Legends – członkowie The Animals i Smokie. Zaraz po tym pojechałem do Ostrowa.
22 V kolejny koncert symfoniczny – tym razem w Warszawie. Możemy spodziewać się jakichś niespodzianek?
Po Hard Rock Cafe spodziewam się wszystkiego (śmiech).
Może tym razem nikt niczego nie rozkręci (śmiech).
Mówiąc szczerze: ja nie wierzę w żadne teorie spiskowe. Nie chce mi się wierzyć w to, że ludzie są aż tak, źli, zawistni, ale czasem tak jest. Wracając do muzyki: 22 V pojawi się na pewno dawny przyjaciel Grzegorza, Wojtek Hoffmann – będzie na tym koncercie.
Ian Parry też ma być, z tego co wiem?
Tak?
Pewnie zaśpiewa coś w duecie z Grzegorzem?
Zobaczymy (śmiech).
A Wojciech Hoffmann – skoro wystąpi, to możemy spodziewać się jakiegoś utworu Turbo?
Wojtek przyjdzie po prostu popatrzeć.
Czyli nie będzie występował?
Nie będzie. Wojtek by się pewnie na to nie zgodził, ale przyjdzie popatrzeć.
A jakie są twoje plany artystyczne, poza koncertami z Grzegorzem Kupczykiem – akustycznymi i „Akordami słów”?
Nie mam i nigdy nie miałem zamiaru wydania płyty solowej, w sensie gitarowym. Ale zrobiłem ostatnio płytę z taką wokalistką… Byłem zafascynowany płytą Alison Krauss z Robertem Plantem…
Bardzo fajna, „Raising Sands”…
Super płyta. I postanowiłem, będąc też w tym nurcie country - bo Alison Krauss jest z country – gdy nadarzyła się okazja współpracy z tą wokalistką, spróbować. Napisałem właściwie wszystkie piosenki, zagrałem z muzykami, którzy są najlepsi w tym gatunku. Skrzypce, steel, banjo, dobro…I uważam, że efekt jest bardzo dobry.
Jak nazywa się ta wokalistka i jaki jest tytuł tej płyty?
„White Birds”. Było to zrobione dla pewnej firmy, która dała na to pieniądze, a teraz staramy się, by to wyszło jako nasza płyta, właściwa, wydana pod nazwiskiem Karin i moim. Naprawdę dobrze to zrobiliśmy, rzadko się chwalę, ale jestem naprawdę dumny z tej płyty.
Kiedy się ukaże?
Za kilka miesięcy.
Nie masz tak zwanego „parcia na szkło”, nie pchasz się do przodu…
Jestem muzykiem, który czuje się dobrze na drugim planie. Uważam, że jestem specjalistą od akompaniamentu.
Solówki też były dzisiaj fantastyczne…
O, dziękuję, miło mi. Bo ja zawsze byłem drugoplanowym gitarzystą.
Kiedy zmuszono mnie do grania solowego, mogłem ćwiczyć więcej, więc może grałbym jeszcze lepiej ? Ale wciąż lubię grać, ćwiczyć, więc mam nadzieję, ze jak pożyję, będę grać coraz lepiej.
Dziękuję za rozmowę!
Tekst: Wojciech Chamryk
Zdjęcia: Elżbieta Piasecka Chamryk
|
|
| Komentarze |
#1 |
dnia 15 maj 2009 11:30:37
#2 |
dnia 20 maj 2009 13:13:02
|
|
| Dodaj komentarz |
|
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
|
|
|
| Nadchodzące koncerty: |
|
|
|
| Sklep Metal Mundus |


|
|
| Aktualnie online |
Gości online: 4
Użytkowników online: 0
Łącznie użytkowników: 268
Najnowszy użytkownik: inextremo
|
|
|